Zapracowany około mego pisarstwa, zapuściłem się w uprawie poletka zwanego „Przybylscy ze Strzelna”. Ostatni raz byłem tutaj ponad 15 miesięcy temu. Może nic się nie zmieniło w mej przeszłości, bo i jak, ale z kolejnych ważnych wydarzeń czuję się zobowiązany poinformować Przybylszczaków, że rozwijamy się, na świat przychodzą kolejni przedstawiciele naszego rodu i to po linii męskiej. Doczekałem się kolejnego wnuka u syna Marcina, który na świat przyszedł 17 lipca 2012 r. Byliśmy z Lidzią dwukrotnie u dzieciątka imieniem Adaś. Jego starszy brat Michałek bardzo się cieszy z przyjścia na świat braciszka, a ja po prostu jestem dumny z rozwijającej się linii Marianowej. Ale, że strona ta nie jest dziennikiem, jeno pamiętnikiem rodzinnym, zatem wróćmy do wspomnień.
Z perspektywy czasu przyznaję, że moje bujne marzenia znajdowały swe podłoże w pochłanianych z ogromną pasją książkach z gatunków przygodowych, historycznych, fantastyczno-naukowych i kryminalnych. Co niedzielę po obiedzie biegałem na piętro do cioci Peli, by wspólnie z nią wysłuchać kolejnego historycznego przedstawienia radiowego.
Wspominam z pewną nostalgią babcię Woźną, mamę mojej mamy. Mieszkała ona u najstarszej córki, cioci Ani Jaśkowiak, na Młynie. Nasz dom był pierwszym przy ulicy, zaś wujostwo mieszkali na jej końcu. Z miejscem tym wiążą się liczne wspomnienia z dzieciństwa i z lat późniejszych. Dziadka, podobnie jak dziadków Przybylskich nie było pisane mi poznać. Zmarli przed moim przyjściem na świat. Ale o tym nieco później. Jedyna moja babcia „na dotyk”, to Maria z Martinsów Woźna. Była Niemką i pochodziła z Meklemburgii. Przychodziła do nas prawie codziennie, zawsze do południa, gdyż wówczas najwięcej mogła pomóc mamie w drobnych pracach domowych, szczególnie przy cerowaniu wszelkich dziur i dziurek w spodniach, swetrach i skarpetach. Również szydełkowała, haftowała i robiła rękawiczki, szale i swetry na drutach. Mnie nauczyła cerować i haftować, byłem wówczas bajtlem i miałem zaledwie kilka lat, osiem, może dziewięć. Później ta umiejętność przydała mi się do fachowego cerowania skarpet. W tamtych odległych czasach skarpety robiło się na drutach i gdy się przetarły należało je pocerować, czyli odpowiednim ściegiem zaszyć dziurę.
Najbardziej w mej pamięci zapisały się kolędy niemieckie, których nauczyła mnie babcia. Po dziś dzień chodzę w pierwszy dzień Bożego Narodzenia na groby najbliższych i każdemu śpiewam po jednej zwrotce kolęd. Babci, jak i mamie, która kultywowała ten zwyczaj również po jednej zwrotce, ale kolęd niemieckich: „Stille Nacht” i „O Tannenbaum”. Z tą drugą kolędą to miałem nawet przygodę rodzinną, która była lekcją przypomnienia korzeni mej rodziny. Pewnego razu w okresie Bożego Narodzenia odwiedził nas wujek Paweł, brat mamy, który mieszkał w Bydgoszczy. Już na wejściu usłyszał, jak ja wyśpiewuję niemieckie kolędy. Po przywitaniu, zadał mamie pytanie –a kto to nauczył małego śpiewać po niemiecku? Na co mama odpowiedziała -jak to, kto, nasza mama, a jego babcia uczy dzieci moje poznawać korzenie, jakie one by nie były.
Tadziu
W miarę dorastania stawaliśmy się, co raz bardziej niepokorni wobec słów rodziców, że tego nie wolno, tamtego nie rusz, z tym z daleka itd. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć, który z braci był bardziej niepokorny. Ale kilka ciekawych anegdot z naszego rodzinnego żywota zachowało się w mej pamięci. Może zacznę od najbardziej znanej i zapamiętanej anegdocie, której bohaterem był mój młodszy brat Tadziu, rocznik 1954. Był piątym dzieckiem w naszej rodzinie i do tego kolejnym chłopcem. Mama z racji niedoczekania się tym razem upragnionej córeczki, Tadzia zaczęła upodobniać do dziewczynki. Miał on od najmłodszych lat bujne i długie włosy, zatem czesała je na modłę dziewczęcą, czyli w tzw. rulonik biegnący wzdłuż głowy. Upinała mu we włosach kokardki i wstążeczki oraz zaplatała kitki. Ale to było przez pierwsze dwa latka, do czasu, kiedy na świat nie przyszło szóste dziecko, kolejny chłopiec Grzesiu.
![]() |
Tadeusz Przybylski rocznik 1954 w wieku młodzieńczym |
Tadziu dorastał i jak każdy z nas, miał i on swój pseudonim, nazywany przez mamę wyzwiskiem. Ale czy ów był wyzwiskiem, skoro my, na co dzień posługiwaliśmy się pseudonimami ze wzajemnością - vice versa. Tak więc, Tadziu został przechrzczony na „Liska”. Rzadko używaliśmy imienia, a przedrzeźniając się niekiedy dodawaliśmy jego rozbudowaną wersję: Lis kury gryzł, deptał kaczki dostał sraczki. W tej rozbudowanej wersji kryje się i moje pseudo, Kaczka. Razu pewnego, a było to tak dawno, że jakiekolwiek przybliżenie daty zdaje się być zbędne, do Tadzia dotarła wiadomość, że w mieście przeprowadzana jest akcja deratyzacji, czyli odszczurzania. Ekipa w kombinezonach odwiedzała wszystkie podwórza i piwnice, w których rozkładała truciznę w postaci zaprawionej pszenicy. Zaczęliśmy opowiadać o skutkach tej akcji, wspierając się zasłyszanymi od starszych stwierdzeniami: No nareszcie wyzbędziemy się paskudztwa.
Jako, że Tadziu lubił eksperymentować, postanowił zebrać ową czerwoną truciznę i dać ją na spróbowanie kurom, których kilkanaście mieli nasi sąsiedzi Karczewscy. W tym celu odwiedził piwnice naszych dwóch podwórkowych kamienic i zebrał całą zaprawioną pszenicę. Cichutko, po kryjomu wysypał ją do stojącego na podwórzu korytka. Następnie schował się za stertą drzewa i obserwował. Pierwszy do koryta poszedł kogut i zaczął wydziobywać czerwone ziarenka. Kiedy zapiał, rzekomo słabnącym głosem, wysypało się z zakamarków podwórzowych kilka kury, które przefrunęły ogrodzenie wybiegu i dawaj na czerwoną truciznę. I stało się, pod nieobecność sąsiadki, która była w pracy, jak to mówiono, w robocie, że kilka kur z całego stada, wraz z Kogutem padło.
Gdy sąsiadka powróciła z pracy, a pracowała w tuczarni przy PSS „Społem”, wszczęła alarm. No, ale cóż, nikt niczego nie widział, a ona stwierdzając, że może to pies, albo lis się tutaj zakradł (centrum miasta) i podusił kuraki. Niemniej jednak przeprowadziła sekcję i znalazło we wolach zaprawioną pszenicę. Całą złość wyładowała na niecnotach z firmy deratyzacyjnej i na swoim mężu Szczepanie, któremu tyle razy mówiła, by podwyższył ogrodzenie wybiegu dla kur. Na drugi dzień ogrodzenie urosło o kolejny metr, a sąsiadka wkrótce pogodziła się z losem i zapomniała, że coś się z jej kurami stało. Minęło kilka lat, a może kilkanaście, Tadziu w ferworze uniesienia przyznał się sąsiadce, że to on te kury i tak dalej. Wyrozumiała pani Zofia jeno powiedziała: Lisek, ty grunie jaśnisty! I wnet zapomniała o całym wydarzeniu.
![]() |
Tadziu z Haneczką i Tatą w lesie miradzkim |
Ale Tadziu, na wałęsające się po podwórcu ptaszyska miał inne ciekawsze i do tego rybackie metody, których z racji posiadanego patentu nie opiszę. Za to wspomnę, że ów pseudonim nadany został Tadziowi nie z racji owych kur, a z racji jego poruszania się. Nie było miejsca, gdzie by on nie wszedł: na dachy szop, garaży i szopeczek, na płoty i płotki, na przeróżne wyżki, jak mama mawiała, drzewa itp. Mama powtarzał, że niczym lisek, zwinny Tadziu wszędzie wejdzie i przestrzegała, Tadziu na wchodź na te wyżki. Ta przypadłość miała i swoje efekty, czyli kilkakrotne złamanie ręki. Stało się to do tego stopnia częste, że ów ostatni raz, chyba trzeci, złamał tę samą rękę, w tym samym miejscu na drugi dzień po ściągnięciu gipsu. To wówczas musiał przejść operację w bydgoskim szpitalu z założeniem śruby przy stawie łokciowym, by ręka mogła się dobrze zagoić. Ślad po tej przypadłości ma po dzień dzisiejszy. Ręką może wyginać poza wychylenie drugostronne ograniczone stawem łokciowym.
![]() |
Grupa dzieci wczesnokomunijnych przygotowywana przez siostrę elżbietankę, w której byli Marysia - siedzi druga od lewej z kitkami i Tadziu - siedzi czwarty od prawej tuż pezy siostrze.
|
Dzisiaj z perspektywy czasu, możemy jedynie powzdychać, oj ta nasza Mama miała z nami trzy światy. Ale i też miło powspominać, że przestrogi i nauki z dzieciństwa, szczególnie w kwestii wiary nie poszły na marne. Poza tym, ze byliśmy ministrantami i wiarę Chrystusową wyznawaliśmy przykładnie, Tadziu został pierwszym w naszej rodzinie, który przyjął tzw. wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Pamiętam ten dzień i otrzymaną przez niego pamiątkę komunijną i śliczne dziecięce ubranka. Pamięć ta została później utrwalona przez opowiadania mojej pierwszej małżonki Marysi, która wówczas razem z Tadziem przyjęła wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Zawsze, gdy się spotykaliśmy, Marysia zagadywała Tadzia – a pamiętasz naszą Komunię.
Marian Przybylski