środa, 23 maja 2018

Opowieść o leśniku Tomaszu Przybylskim



Przed czterema laty 7 sierpnia 2014 r. zamieściłem na nieistniejącym już blogu platformy pl. Strzelno moje miasto cz. 3 artykuł zatytułowany "O korzeniach". Dzisiaj przenoszę go z szuflady pamięci na właściwy blog rodzinny Przybylscy ze Strzelna i zapraszam do zapoznania się z fragmentem dziejów mojej rodziny.

W budowie mojego drzewa genealogicznego, w przodkach po mieczu nie mogłem wychylić się ponad pradziadka Kacpra Przybylskiego z Głuchowa parafia Komorniki, tuż za Poznaniem. W drzewie mam dziewięć pokoleń i blisko 300 najbliższych przedstawicieli podstawowych Rodów: Przybylskich, Jagodzińskich, Woźnych i Martinsów. Z bocznymi gałęziami będzie około 500 krewniaków. Kilka lat poszukiwań nie wskazywało na to, że w końcu odnajdę kolejnego antenata po mieczu. Przypadek sprawił, że trafiłem na akt zgonu Franciszki Jarmark, sekundo voto Budnej, primo voto Przybylskiej. Swoistego olśnienia doznałem, kiedy wyczytałem, iż zgłoszenia zgonu dokonał nie kto inny jak mój pradziad Kacper z Głuchowa.

Serce mocniej załomotało i dalej zacząłem wracać do różnych wcześniejszych wypisów z akt metrykalnych. Przede mną zaczęła rozświetlać się przeszłość. Okazało się, że moja praprababcia wychodziła aż trzy razy za mąż, że pierwszym jej małżonkiem był nie kto inny jak Tomasz Przybylski. Po jego śmierci wyszła drugi raz za Jana Budnego, a gdy ten z kolei umarł poślubiła mając 60 lat o trzy lata młodszego Stanisława Jarmarka.

Leśniczówka Czerna w lasach Księstwa Żagańskiego. Foto. Archiwum Nadleśnictwa Żagań.
Praprababka urodziła się 28 marca 1817 roku w Pożegowie koło Mosiny jako córka Andrzeja Magdziaka i Ewy Miedziarek. W 1836 roku w kościele parafialnym w Mosinie (dzisiaj Pożegowo jest częścią Mosiny) zawarła związek małżeński z leśniczym dominialnym Tomaszem Przybylskim. Tomasz, jak podał do Liber Copulatorum parafii św. Mikołaja i Wawrzyńca w Mosinie miał w chwili zaślubin 30 lat. Czyli urodził się w 1806 roku, na krótko przed kampanią wschodnią Cesarza Francuzów Napoleona.

Niestety nie udało mi się dotrzeć jeszcze do rodziców Tomasza, ale będę się starał odkryć ich imiona. Z zebranych dziewiętnastowiecznych dokumentów mojej rodziny dowiedziałem się tak wiele – do tego opowieści i wspomnienia rodzinne – że niebawem powstanie całkiem obszerna saga. Materiał jest tak ciekawy, z tyloma wątkami, że ostatnio pochłonął mnie i zajmuje większość mojego czasu wolnego.

Na podstawie aktów metrykalnych braci mojego pradziadka, np. Walentego urodzonego w 1851 roku w miejscowości Trzebów, wiem, że jego ojciec Tomasz Przybylski (mój prapradziadek) był leśniczym w lasach Księstwa Żagańskiego, które w tym czasie było we władaniu książąt Talleyrand-Périgord, a dokładniej księżny Doroty de Talleyrand-Périgord. Księstwo zostało skonfiskowane w 1935 roku przez władze III Rzeszy. W Trzebowie była leśniczówka, w której mieszkał leśniczy Tomasz wraz z rodziną. Dzisiaj jest to obszar Nadleśnictwa Żagań i do dzisiaj istnieje w jego strukturach organizacyjnych leśnictwo Trzebów.


Kontynuatorem tradycji leśnej po trzykroć dziadka Tomasza jest starszy brat Antoni, który przez szereg lat piastował stanowisko wicedyrektora pilskich Lasów Państwowych. Ponad 20 lat w lasach pracował młodszy brat śp. Tadziu. Najstarszy brat Michał ze synami z pasją uprawia łowiectwo – oczywiście wciągnięty przez Antoniego.

W mojej rodzinie w gałęziach drzewa genealogicznego było co najmniej 6 pokoleń rolników i 5 pokoleń młynarzy, przeplatały się między nimi 3 pokolenia urzędników, 2 razy po 2 pokolenia szewców, 2 pokolenia stolarzy, 2 pokolenia kupców, 2 pokolenia leśników itd. Nie wspomnę o innych profesjach, którymi parali się nasi przodkowie, a których było bez liku. Niewątpliwie wszystkie opisane zostaną w sadze rodzinnej.

czwartek, 29 marca 2018

Tadziu - wspomnienie



Tadziu urodził się 19 lipca 1954 r. w Strzelnie w rodzinie inteligenckiej Ignacego i Ireny z domu Woźna Przybylskich. Na świat przyszedł po Michale, Antonim, Wojciechu i po mnie jako piąty syn. Po czasie miał jeszcze młodsze rodzeństwo, Grzegorza i Annę. Jako, że rodzice z utęsknieniem czekali na córeczkę, mama Tadzia próbowała upodobnić na dziewczynkę. Pamiętam, że miał jasne, długie blond włosy i czesany był na córeczkę, z kitkami, kokiem i wplecionymi wstążeczkami. Z upływem czasu nie dało się tego stylu utrzymać, gdyż Tadziu okazał się żywym i niezwykle energicznym chłopcem, a kiedy po dwóch latach na świat przyszedł Grzesiu mama ustąpiła i zaprzestała żeńskich eksperymentów na starszym. Przyszedł fryzjer pan Boesche i obciął Tadzia na pałę, pozostawiając mu jeno grzywkę.

Przed blisko sześcioma laty, kiedy ciężko zachorował napisałem kilka anegdot z Jego życia. Są one na blogu, zatem można do nich sięgnąć, zatem ten okres pominę w opowieści wspomnieniowej. Przypomnę jedynie ten fragment, który niewątpliwie miał później ogromny wpływ na Jego dorosłe życie. Otóż począwszy od Antoniego po Grzesia wszyscy byliśmy ministrantami i wiarę Chrystusową wyznawaliśmy przykładnie, a Tadziu został pierwszym w naszej rodzinie, który przyjął tzw. wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Pamiętam ten dzień i otrzymaną przez niego pamiątkę komunijną i śliczne dziecięce ubranka. Pamięć ta została później utrwalona przez opowiadania mojej pierwszej małżonki Marysi, która wówczas razem z Tadziem przyjęła wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Zawsze, gdy się spotykaliśmy, Marysia zagadywała Tadzia – a pamiętasz naszą Komunię?


Od lat dziecięcych wszyscy bracia upodobali sobie las, który niezależnie od pory roku był naszym przysłowiowym drugim domem. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy w naszych ukochanych Lasach Miradzkich. Jezioro Łąkie służyło nam w upalne letnie dni, zaś las wypełniał pozostałe luki kalendarzowe. W nim wiosną, latem, jesienią i zimą bawiliśmy się w wymyślne zabawy harcersko-traperskie, a przy okazji chłonęliśmy książki przyrodnicze i przygodowe, czerpiąc szczególnie z tych ostatnich źródła naszych inspiracji do życia w przygodzie. Ta pasja towarzysząc nam wszystkim pozostała do dzisiaj. Antoni z Tadziem związali swoje życie zawodowe z lasami, Michał poluje, Wojtek z Grzesiem są wytrawnymi grzybiarzami i zwolennikami rekreacji w leśnych ostępach, zaś ja piszę artykuły oraz książki o lasach i łowiectwie.


Pamiętam, że jednego roku, jako kawalerowie wybraliśmy się z Tadziem nad jezioro w Łakiem. Tadziu dla rozrywki zabrał ze sobą oryginalny przedwojenny gramofon z wielką tubą, nakręcany kolbką, z zestawem oryginalnych starych płyt. Rozłożył go na pomoście, nakręcił, załadował płytę i hajda! Przepiękne, stare, romantyczne piosenki oraz arie operowe zagłuszyły radia tranzystorowe plażowiczów, a muzyka niosła się po wodzie na drugi brzeg, aż do wsi. O dziwo nikt nie wydarł się na nas, wręcz przeciwnie, wielu z ciekawości podeszło do nas i podziwiało stare, muzealne urządzenie, zaś dziewczyny... po prostu, zaczęły z nami się umawiać na indywidualne słuchanie płyt:
- Ja mam po babci stare płyty i jeszcze nigdy ich nie słuchałam, może umówimy się na przesłuchanie - zwróciła się do nas miła blondynka. A my na to jak na lato...

Tadziu miał bardzo wielu kolegów, że nie wspomnę o koleżankach. Wszyscy go lubili, wręcz darzyli przyjaźnią. Zresztą, co ja tu piszę, Tadziu był tak pogodny, że nie mogło być inaczej. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w Zespole Szkół Zawodowych w Strzelnie. Po trzech latach zdobył zawód i rozpoczął pracę w strzeleńskim FATO. Tam zawiązał wiele kolejnych przyjaźni i to z osobami starszymi od siebie - po prostu, dał się lubić. Wkrótce zapoznał swoją przyszłą żonę Ulkę. Pierwsze spotkanie przerodziło się w szybkim tempie w wielką miłość, która zaowocowała małżeństwem. Dobrze pamiętam ich wesele, gdyż byłem gospodarzem alkoholu i przez całą noc byłem trzeźwy jak ryba. To wówczas babcia Ulki podarowała mi dużą drewnianą rzeźbą Chrystusa Ukrzyżowanego, która od tamtego wydarzenia, a było to w 1978 r. towarzyszy mi do dzisiaj.

Z wnukami - Frankiem i Filipem.
Młodzi zamieszkali w Strzelnie przy Rynku 7. Mieli niewielkie, ale przytulne mieszkano na piętrze - pokój z kuchnią. Tadziu miał bardzo dobre wyniki zawodowe, dlatego z myślą o poszerzeniu swoich możliwości kwalifikacyjnych zrobił kurs specjalistyczny i został mistrzem kowalskim. Wkrótce otrzymał propozycję od Antoniego, ówczesnego wicedyrektora Lasów Państwowych w Pile, by przenieść się wraz z rodziną do Jastrowia. Tam było duże nadleśnictwo, w którym potrzebowano fachowca wielofunkcyjnego w zawodach, które właśnie posiadał Tadziu. Skusiło go piękne mieszkanie dobrze zapowiadające się perspektywy i stabilizacja. Nowa praca, otoczenie sprawiły, ze Tadziu podjął dalszą naukę i zdobył tytuł technika. W Nadleśnictwie Jastrowie piastował stanowisko magazyniera, zatem bardzo odpowiedzialne, do tego nauczył się preparować poroża, stając się bardzo pomocnym, szczególne dla myśliwych dewizowych. Rodzina szczęśliwie mu się rozwijała, miał trzy córki, które bardzo kochał, małżonka również pogłębiła swoje kwalifikacje i była przedszkolanką.


Byli bardzo religijni, niemalże co roku w pierwszą niedzielę lipca przyjeżdżali na odpust do Sanktuarium w Markowicach, do Królowej Miłości i Pokoju Pani Kujaw. Przy okazji odwiedzali rodzinę w Niemojewku, Kruszy Podlotowej i Strzelnie. Zaś my bracia robiliśmy do Tadzia i Ulki wypady na grzybobranie, przywożąc stamtąd kosze podgrzybków i prawdziwków.

Po wielokrotnym złamaniu ręki w dzieciństwie, dopadła go kolejna choroba pękł mu tętniak w głowie... Został uratowany, Bóg pozwolił mu jeszcze przez wiele lat dopełniać obowiązków rodzicielskich i kochającego małżonka. Przed sześcioma laty kolejna choroba - rak. Bohatersko, wspierany przez Ulkę walczył z chorobą nie poddając się jej skutkom. Cierpiał, mimo to nie pozbył się uśmiechu, humoru i radości, żył godnie.

Oboje małżonkowie zaangażowali się w Ruch Szensztacki - ruch katolicki o charakterze Maryjnym, pedagogicznym i apostolskim. W Maryi zaczęli szukać wzoru i pomocy do dojrzałego przeżywania swojej wiary i dawania o niej świadectwa w świecie. Wszystkich członków Ruchu jednoczy przymierze miłości z Maryją, rozumiane jako pogłębienie życia w wierności przyrzeczeniom chrztu świętego. Z czasem Tadziu dojrzał do tego by zostać nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej. Był gorliwym czcicielem Matki Chrystusowej i to Ją widział i do niej się uśmiechał, trzymany z rękę przez Ulkę, w godzinie swego odejścia do Domu Pana - 15:05 w piątek 23 marca 2018 r., w Godzinie Miłosierdzia, w tej samej chwili, w której konał nasz Pan Jezus Chrystus.

Wtorek 20 marca 2018 r. w mieszkaniu Tadzia w Jastrowiu. Od lewej: Wojtek, Michał, Tadziu, Antoni, ja,
kuca Grzesiu.
We wtorek na trzy dni przed Jego odejściem stawiliśmy się u Niego, w Jego domu - wszyscy bracia. Miesiąc wcześniej była u Niego nasza siostra Hania. Wiedzieliśmy, ze jest bardzo źle, że bardzo cierpi... Ale on tego nie okazywał, nie skarżył się, ucieszył się naszym widokiem, zaczęliśmy wspominać nasze wspólnie przeżyte lata... Uśmiechał się, dwa dni wcześniej urodziła się mu wnuczka Stefcia, daliśmy mu chwilę, na którą czekał. Po naszym wyjeździe poprosił Pana, by przyjął go do Domu Swego...

We wtorek 27 marca o godz. 13:00 mury świątyni parafialnej p.w. św. Michała Archanioła w Jastrowiu wypełniły się wiernymi: rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami i znajomymi. Przyjaciele z Rodziny Szensztackiej u stóp trumny ze zmarłym Bratem zaintonowali modlitwy i pieśni, poświęcając je zmarłemu. Siedzieliśmy z Lidzią i synem Marcinem za najbliższymi Tadzia, obok nas siostry zakonne i w pierwszych rzędach liczna rodzina - rzewnie się modliliśmy. O 14:00 rozpoczęła się Msza św. Przy ołtarzu stanęło sześciu kapłanów. Ksiądz proboszcz przepięknie opowiedział o Tadziu. Z jego słów dowiedzieliśmy się o pięknym dziele życia naszego brata...

Kiedy u mogiły żegnałem Brata w imieniu rodziny, powiedziałem: - Tadziu! To nic, dziękujemy Ci za wspólnie przeżyte lata. Zobacz, tam u góry w jasnym rozsłonecznionym niebie widzimy otwarte drzwi Domu Pana, a w nich, czekają na Ciebie uśmiechnięci nasi rodzice... Czekaj na nas, i my do Was również dołączymy... Żegnali Go również przyjaciele z Rodziny Szensztackiej...

Pokój Twojej Duszy

ps. Tadziu nie był pozbawiony trosk w swoim 63-letnim żywocie. Nigdy się nie poddawał. Przyśnił mi się mówiąc: - Zacząłeś kiedyś o mnie pisać, dokończ zatem tę opowieść...

sobota, 24 marca 2018

Zmarł nasz Brat Tadeusz Przybylski (1954-2018)


Pogrzeb śp. Tadeusza Przybylskiego odbędzie się 27 marca 2018 r. w Jastrowiu. Msza Święta o godz. 14:00 w kościele parafialnym p.w. Świętego Michała Archanioła przy ul. Kościelnej, po której ceremonia pogrzebowa na Cmentarzu Komunalnym w Jastrowiu przy ul. Cmentarnej.


We wtorek byliśmy wszyscy bracia u Tadzia, wcześniej była u Niego nasza siostra Hania. Wiedzieliśmy, że jest ciężko, że choroba Go niszczy. Walczył z nią 6 lat. Zmarł wczoraj, w piątek 23 marca 2018 r. w domu rodzinnym w Jastrowiu. Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie...

Nakłoń, Panie, ucho ku prośbom pokornie przez nas zanoszonym do Twego miłosierdzia i umieść w krainie pokoju i światłości duszę Twojego sługi Tadeusza, której kazałeś odejść z tego świata, oraz włącz ją do społeczności Twoich Świętych.

Spraw, prosimy Cię, Panie, aby ta modlitwa wyjednała zbawienie duszy Twojego sługi Tadeusza, za którym pokornie błagamy.

Prosimy Cię, Panie, uwolnij od więzów grzechu duszę Twojego sługi Tadeusza, aby wskrzeszony żył w chwale zmartwychwstania wśród Twoich świętych i wybranych.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


W naszej pamięci pozostanie na zawsze... 












czwartek, 22 marca 2018

Odzew po latach...

To ja, Marian Przybylski podczas prelekcji w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Strzelnie. Temat: Strzelnianie odznaczeni Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.

Grubo ponad trzy lata temu dokonałem ostatniego wpisu, a to może świadczyć, że zaniedbałem stronę rodzinną, o której miałem pisać na tymże blogu. Wszystko przez to, że pochłania mnie prowadzenie bloga o naszym mieście Strzelnie, pisanie książek, z których wydanych drukiem zostało już 17 oraz pisanie artykułów prasowych i na portale internetowe. Ale co najważniejsze, to od ponad pięciu miesięcy jestem na emeryturze; i co, i nic, piszę dalej... i czasu tak właściwie już nie brakuje. Staram się nim gospodarzyć, by starczało go na wszystko.

W międzyczasie, czyli od mojego ostatniego pisania zaszło nieco zmian w rodzinie. U nas powiększyła się o dwie osoby. Marcin Junior Lewicki ożenił się i pół roku temu na świat przyszedł ich synek, a nasz wnuczek, Ignacy Waldemar Lewicki. Iguś jest tak uroczy i to pod każdym względem, iż stanowi swoisty balsam na poprawianie naszego samopoczucia. Chwilowo przemieszkują młodzi w Strzelnie i są drugą nogą w Bydgoszczy, gdzie Teresa, żona Marcina przygotowuje się do przyszłego realizowania się w swoim zawodzie.

We wrześniu 2016 r. zmarła bratowa Maria, żona Wojciecha. Jej śmierć była dla nas ogromnym zaskoczeniem. Spokój jej duszy, jak i wszystkich zmarłych z naszych rodzin jest ciągle wymadlany. W bardzo złym stanie jest nasz brat Tadziu (rocznik 1954). Już 6 lat walczy z chorobą, która ostatnio się spotęgowała. Byliśmy go wszyscy bracia odwiedzić - we wtorek, a dwa dni przed naszym przyjazdem urodziła mu się wnusia.

Barwy naszego życia niczym nie różnią się od innych rodzin. Są piękne o pełnej palecie barw, jak i pisane losem ludzkiego bytu. Najważniejsze, że nie żałujemy dni minionych, jeno je dobrze wspominamy i cieszymy się przeżytymi latami. Chciałbym częściej pisać o rodzinie, bo warto. Nasza historia zasługuje na jej utrwalenie, na przekazanie dziejów przodków młodym pokoleniom, by pamiętali i o nas, kiedy nas zabraknie...

By nie zapeszać nie podam o czym będzie kolejna opowieść, kolejne wspomnienie. Postaram się by było to jak najszybciej.

sobota, 6 grudnia 2014

Zosia Wikusia i drzewo genealogiczne Przybylskich


Rodzina powiększa się...


Rodzinny blog „Przybylscy ze Strzelna” zdaje się być traktowany przeze mnie nieco po macoszemu. Idą święta Bożego Narodzenia, a ja ostatni wpis umieściłem w styczniu, pisząc o Michałku, który nas dziadków zaprosił do swojego przedszkola. Oczywiście, że w opisie wspomniałem również o Jego młodszym braciszku Adasiu. Od tego czasu tyle się wydarzyło, że książkę bym napisał. A i owszem, jedną napisałem, co zaś tyczy się owych wydarzeń, to pokrótce opiszę. Dopowiem jeszcze, że w minionym roku, tuż po Wigilii Zdzisław oświadczył się Asi.

Zosieńka po urodzeniu - sama słodycz!

W babcinych objęciach w pierwszą miesięcznicę

Rosnę, rosnę, rosnę...


12 marca 2014 roku nasza rodzina powiększyła się o wnuczkę Zosię Stanisławę. Na świat przyszła w rodzinie Tomka i Karoliny Lewickich, czyli syna Lidii, mojej drugiej małżonki i Waldemara, Jej pierwszego śp. małżonka. Radość ogromna zapanowała w rodzinie. Nazajutrz z Lidziunią odwiedziliśmy w szpitalu strzeleńskim nasze dwie bohaterki, mamę i jej córeczkę. Cudowne to były odwiedziny u naszej wnusi, bardzo je przeżyłem. Po wyjściu ze szpitala zacząłem rozważać o cudzie narodzin, przyjściu na świat kolejnego członka naszej rodziny, zresztą nie ostatniego w tym roku. W prezencie Zosia dostała nowe mieszkanie, gdyż rodzice przeprowadzili się na Rynek, do lokalu po ojcu Karoliny. Tomek je gruntownie wyremontował, a Nastusia – starsza siostra - i Zosia mają w nim swoje oddzielne pokoje. Jest piękna łazienka, centralne, kuchnia, salon i obszerny balkon. Wszyscy są z nowego mieszkania bardzo zadowoleni, również Ich pies Raul.

Byłam na Bożym Ciele, a jak...

Tak mnie ubrali - słodziutko!

Towarzyszyli mi: ukochana siostra Nastusia, babunia Lidziunia, kuzyn Dawidek, wszystkie skarby warta mamunia i niemniej kochana ciocia Agnieszka...

W gronie moich menów znaleźli się: wujek Marcin junior, kuzyni Waldek i Dawid, tatuś Tomek, wujek Sławek i dziadziuś Marianek. 

Widzę, że interesujecie się moją osobą i tak trzymać! Dziadku, jestem słodka, no nie!

Moja ukochana babunia Lidziunia

A mamusia to ciągle się do mnie śmieje, a mnie chce się spać...

Cześć fotografie!

A mnie tam pachnie, smakuje i w ogóle - z tatusiem poznaję naszą działkę

Jak lato, to trzeba się opalać

...a przy okazji pobawić się

W salonie na najważniejszym meblu - kanapie

A co Wy ode mnie chcecie, ja się bawię...

Zabawa męczy, trzeba się posilić mamusi obiadkiem, który specjalnie dla mnie przygotowała, oczywiście poza...

A jak, sama też potrafię, jak jestem głodna...

Babciu, sprawdź czy aby ząbki już nie kiełkują... 

A to jest mata edukacyjna. Już mnie uczą, a ja chcę się bawić

Nie ma jak na festynie. Było ciepło i w ogóle... 


W miesiąc po urodzeniu się Zosi, moja córka Joanna wyszła za mąż. Wybrankiem Jej serca został Poznaniak Zdzisław Nijak, który po Wigilii oświadczył się Asi. Ślub odbył się w Strzelnie, na który zjechała rodzina Zdzisława z Poznania, a także nasze wszystkie dzieci z wnukami. Skromne przyjęcie weselne odbyło się w lokalu „Bajka”, a że był to okres postu, to i muzyki nie było. Za to było radośnie, miło i bardzo rodzinnie. Lidzia powiedziała, że takiej miesięcznicy, jak Zosia, to żadne z naszych wnucząt nie miało. Bo i owszem, obchodziła ją w dzień ślubu cioci Joasi.











Nazajutrz po weselisku, Marcin junior odwiózł młodych z prezentami i zapasem trunków do Poznania. Asia zamieszkała u Zdzisława i Jego mamy Janki. Dysponują oni dużym mieszkaniem, 120 m2. Nam tu w Strzelnie przyszło oczekiwać kolejnej wnuczki – Ich dziecka, a w międzyczasie Zosia została ochrzczona. Ceremonia chrztu odbyła się 4 października 2014 roku w bazylice św. Trójcy w Strzelnie. Udzielił go ks. Wojciech Zniszczol. Już po uroczystościach kapłan dołączył do nas i wziął Zosię na ręce. Był bardzo miły, a ten gest wywarł na nas pozytywne wrażenie. Zrobiliśmy sobie wewnątrz świątyni wspólne zdjęcie. W domu jadła było co niemiara, skorzystałem z słodkości, niestety objawy grypowe wyeliminowały mnie z dalszego uczestnictwa w przyjęciu domowym. Wszyscy zostali, a ja udałem się do dmu, pod kołdrę.

Wiktoria Maria Nijak po przyjściu na świat

Nasza słodycz

Ach śpi kochanie...

W babuni objęciach

Z mamą i dziadkiem na spacerze

W towarzystwie babć Lidki i Janki, z mamą i dziadkiem Mariankiem

Z rodzicami

Rodzinna sielanka

Moja kochana księżniczka...

Czuję Cię tato

Mamusiu, robię się głodna

Już córeczko, zaraz dostaniesz papu

To co, na spacerek, czy w domku?

To jest mój tatuś...


W niespełna tydzień, 10 października AD 2014, tuż po północy przyszła na świat w szpitalu „Świętej Rodziny” w Poznaniu nasza najmłodsza wnusia Wiktoria Maria. Jest to siódme z naszych wnucząt – mniemam, że nie ostatnie. Słodkie, prześliczne dzieciątko odwiedziliśmy z Lidziunią, goszcząc u młodych w Poznaniu od 16 do 19 października. Były to cztery dni cudownych kontaktów z malusieńką, kilkudniową, ukochaną wnusią. Miałem okazję, zresztą podobnie, jak z Zosią, wziąć Wikusię na ręce, przytulić do siebie i ucałować w maleńką główkę. W niedzielę, pogodną, piękną, słoneczną i ciepłą wyjechaliśmy z Wiktorią na spacer. Towarzyszyliśmy maleństwu i rodzicom w trójkę: Janka - mama Zdzisława oraz Lidzia i ja. Niezapomniany spacer alejami parku im. Jana Kasprowicza obok hali widowiskowo-sportowej Arena na Łazarzu, bardzo blisko domu Joanny i Zdzisława, odbyliśmy przed samym południem. Wikusia i my sami „wykąpaliśmy” się w promieniach słonecznych. Ten spacer będziemy długo pamiętali.

Rosnę z dnia na dzień

Mamusiu, tak bym chciała coś powiedzieć

A gdzie jest tatuś?

O, jest i wziął mnie w ramiona

Przyjechali goście z Bydgoszczy, ciocia Ania wzięła mnie na ręce

Oczywiście, wybraliśmy się na spacer z wujkiem Marcinem, kuzynem Adasiem, ciocią Anią, kuzynem Michałkiem, mamą i tatą, który własnie robi nam zdjęcia.

W parku Michałek skorzystał z zestawu wspinaczkowego...

...a Adaś zasiadł za kierownicą sprężynowca.


Czekam za dziadkiem...

...i babcią ze Strzelna


Tęsknota spowodowała, że już w listopadzie od 21 do 23 ponownie zawitaliśmy w Poznaniu. Oczywiście, u Wikusi i Jej rodziców. Jak ona urosła, jaka jest słodka. Lidzia wynosiła dzieciątko na swoich ramionach, nagadała się z Asią o praktykach około noworodkowych, zaś ja mogłem w spokoju przyjrzeć się maleństwu, poszukując podobieństwa do rodziców. Póki co, to Wikusia najbardziej podobna jest do swego przystojnego ojca, choć i z uroczej mamusi równie wiele zapożyczyła.

No i przyjechali, a ja się wystroiłam, jak prawdziwa Poznanianka


W sobotę zrobiliśmy dopołudniowy spacer z Wikusią. Udaliśmy się na Rynek Łazarski – Łazarz to dzielnica, w której mieszkają młodzi – na zakupy i przy okazji poszukując dla mnie czapki. Ostatecznie nabyłem ją w Poznań City Center.   

Tak, jestem dumny, radosny i zadowolony ze swoich i Lidziuni siedmiorga wnucząt: Waldka, Nastazji, Dawida, Michałka, Adasia, Zosi i Wiktorii. Kocham ich bardzo, są osłodą naszego życia, zresztą podobnie jak i nasze dzieci, które darzymy podobnymi uczuciami. To dla nich zacząłem pisać Sagę rodu Przybylskich i dla nich zbudowałem drzewo genealogiczne. Dostępne jest ono w Internecie, dla niektórych członków rodziny na portalu MyHeritage. Jest to wspaniały system umożliwiający każdemu stworzenie witryny dla swojej rodziny i opublikowanie w Internecie własnego drzewa genealogicznego. W naszym drzewie genealogicznym znajduje się 249 osób. Jest to wersja bezpłatna i ogranicza się do 250 osób. Wersja płatna może zwiększyć liczbę osób do 2500. By taką otrzymać należy wpłacić ok.119 dolarów USA, czyli ok. 400 złotych. Aktualnie w witrynie zarejestrowało się 3 członków rodziny. Mniemam, że niebawem udostępnię je pozostałym dzieciom i rodzeństwu.

Tyle na te moje kolejne wejście.


Marian Przybylski