środa, 17 kwietnia 2019

Wielkanoc w tradycji rodzinnej



Swego czasu siostra moja Hania zwróciła mi uwagę: - Na blogu to ty o wszystkich piszesz, tylko nie o mnie, tak jakbyś siostry nie miał, tylko samych braci.

Poniekąd ma rację, dlatego też, by pokazać światu, że poza nami sześcioma chłopcami, rodzice mieli najmłodszą latorośl, naszą siostrzyczkę Haneczkę, Hanię, Hankę, która, oficjalnie zapisana została w metrykach, jako Anna Stefania Przybylska. Drugie imię, to ojciec nadał na cześć swojej jedynej siostry, ukochanej Stefci. Ciocia Stefa, jak zwykliśmy mówić, była moją matką chrzestną. A Hanię, by po macoszemu nie traktować, wspomnę, że była i jest naszym rodzynkiem. Tak, jak myśmy się Jej w dzieciństwie poświęcali, tak i Ona odwdzięczyła się nam po latach, roztaczając nad chorą mamą wspaniałą opiekę. Kiedy wszyscy pozakładaliśmy rodziny, ona zamieszkała z mamą.

Nasz dom rodzinny był nadal naszą ostoją. Tutaj przychodziliśmy z okazji świąt i uroczystości rodzinnych - Michał, Antoni i śp. Tadziu przyjeżdżali z dalszych stron. Zawsze gościnne progi suto nas witały pysznymi wypiekami i tym wszystkim z jadła, co tradycją nazywam i co staram się opisywać. Choć Hania kupiła sobie nowe mieszkanie, to nadal te nowe ściany są, jakby te same z ulicy Inowrocławskiej. A wszystko to przez klimat i atmosferę, które podczas spotkań wytwarzamy i które od siostry i miejsc jej zamieszkania, promieniują. Ach ten klimat, te wspomnienia... Pisząc o Wielkanocy, tej sprzed 50 lat, to samo napisałbym o tej sprzed 40, 30 lat, czy współczesnej. Zachowaliśmy tradycję i ją też kultywuje nasza siostra, Hania. Dlatego też czytając me wspomnienia, raz po raz zamieńcie naszą Mamę z Haneczką i wszystko przebiegać będzie identycznie, jakby współcześnie, u naszej Siostry.

Rozmawiając onegdaj z bratem Antonim zostałem zagadnięty, czy równie, jak pisałem o Bożym Narodzeniu, wspominając dzieciństwo, napiszę o tradycjach i zwyczajach wielkanocnych. Oczywiście, że z zamiarem tym nosiłem się, bo jak tu nie wspomnieć tak pięknego święta. Wielkanoc zawsze kojarzyła mi się z budzącą się wiosną, z ciepłym podmuchem wiatru i nieśmiało kiełkującą zielenią. A samo przedświąteczne krzątanie się po domu to zaiste przeganianie resztek zimy. Gruntowne pozimowe porządki z myciem okien i zmianą okiennego wystroju, niosły ze sobą prawdziwą wiosnę. Dodam, że w tym roku okna pomyła nam dziadkom wnuczka Nastusia.

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty... - zaśpiewałby Marek Grechuta.

Już to Środa Popielcowa niesie nam okres 40 dniowego postu i czas przeżywania Męki Pańskiej. Czynimy to poprzez modlitwę, zachowanie wstrzemięźliwości wszelakiej, nie tylko od trunków, papierosów, używek, ale także w zachowaniu wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Uczestnictwo w Drodze Krzyżowej pozwala nam przeżywać dogłębnie cierpienie i śmierć Chrystusa i właściwie przygotować się do Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Ten ostatni tydzień przed niedzielą Wielkanocną to czas szczególny. Od dawien dawna nazywany Wielkim Tygodniem szczególnie wiąże nas w uczestnictwie w liturgii, która szczytowego wymiaru nabiera w Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę.

U nas w Strzelnie od dwudziestu lat zaprowadzony został zwyczaj czczenia pamiątki Męki Pańskiej już w tydzień poprzedzający ten Wielki Tydzień. W piątek przed Niedziela Palmową, corocznie odbywa się Misterium Męki Pańskiej, do którego młodzież starsza i stateczni już parafianie przygotowują się kilka tygodni wcześniej, uczestnicząc w próbach reżyserowanych przez księży wikariuszy. W tym roku patronat nad przygotowaniami sprawował ks. Daniel Jabłoński. W piątkowy wieczór po zakończonej mszy św. odbywa się Misterium. W kościele w prezbiterium lub w ogrodach norbertańskich kolejno przedstawiane są sceny, które inauguruje Ostatnia Wieczerza Pańska; następnie Ogrójec i rozmowa Syna z Ojcem, pojmanie Jezusa, sąd przed Piłatem i skazanie Syna Bożego na Ukrzyżowanie. Już następne sceny Drogi Krzyżowej prowadzone są ulicami miasta, do poszczególnych stacji wymalowanych przed laty przez mistrza Jana Sulińskiego, któremu w tym dziele i ja pomagałem oraz Jerzy Kwiatkowski. Procesja przebiega ulicą Kościelną, wokół Rynku i na powrót ulicą Kościelną pod strzeleńskie świątynie (rotundę św. Prokopa lub bazylikę św. Trójcy). Tam następuje Ukrzyżowanie. Ten żywy obraz z dwudziestoletnią tradycją strzeleńską na trwałe wpisał się w kalendarz liturgiczny przygotowań do Wielkiej Nocy. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w rolę Chrystusa przed laty wcielał się Sławek Tarczewski.


Niedziela Palmowa z okazałymi palmami to również novum, jakie od kilkunastu lat wpisywane jest w kalendarz wydarzeń kulturalnych, połączonych i w tym wypadku z kalendarzem liturgicznym. Nowość ta polega na tym, że poszczególne środowiska budują kilkumetrowe palmy, a są to: przedszkola, szkoły, stowarzyszenia i organizacje oraz rady sołeckie. Przed laty było mi pisane zainicjować w Domu Kultury konkurs palm i pisanek wielkanocnych, z czasem przeniesiony on został do kościoła i tam po dzień dzisiejszy jest kultywowany. Jego rozmiary ograniczają się do parafii. Wykonane ręcznie palmy są mieszaniną różnych kultur regionalnych, w których prym wiedzie wzór palm kurpiowskich i wileńskich. Co zaś tyczy się naszego rodzimego kujawskiego zwyczaju, to nijak się on ma do tych pięknych ogromnych rozmiarowo palm, które od kilkunastu lat poczęły królować w przedświątecznym pejzażu. W Niedzielę Palmową Wzgórze Świętego Wojciecha zamienia się w małopolską Lipnicę Murowaną.


Palma wielkanocna, z jakiego by regionu nie pochodziła zawsze jest tradycyjnym symbolem Niedzieli Palmowej, która ustanowiona została przed wiekami na pamiątkę wjazdu Jezusa do Jerozolimy. W Kościele obchodzona jest na tydzień przed Zmartwychwstaniem Pańskim i wiąże się ze zwyczajem święcenia palm, znanym w Polsce od średniowiecza.

Tradycyjne palmy wielkanocne przygotowuje się z gałązek wierzby, która w symbolice kościoła jest znakiem zmartwychwstania i nieśmiertelności duszy. Obok wierzby używa się również gałązek malin i porzeczek. Ścinano je w Środę Popielcową i przechowywano w naczyniu z wodą, aby puściły pąki na Niedzielę Palmową. W plecione palmy wplatano również bukszpan, barwinek, borówkę, cis, czy widłak. W Wielką Sobotę palmy są palone, a popiół z nich jest używany w następnym roku, kiedy w środę popielcową ksiądz znaczy wiernym głowy popiołem.


Tradycja wykonywania palm szczególnie zachowała się na Kurpiach oraz w Małopolsce w Lipnicy Murowanej i w Rabce. W zależności od regionu, palmy różnią się wyglądem i techniką wykonania. Swoją odrębność zachowały palemki wileńskie, które obecnie są najczęściej święconą palmą wielkanocną. Niewielkich rozmiarów, misternie upleciona z suszonych kwiatów, mchów i traw jest charakterystyczna dla okolic Wilna, skąd przywędrowała do Polski kilkanaście lat temu, od razu zyskując ogromną popularność. W Lipnicy i w Rabce rokrocznie odbywają się konkursy na najdłuższą i najpiękniejszą palmę.


Z palmami wielkanocnymi wiąże się wiele ludowych zwyczajów i wierzeń: bazie z poświęconej palmy zmieszane z ziarnem siewnym podłożone pod pierwszą zaoraną skibę zapewnią urodzaj; poświęcona palma chroni ludzi, zwierzęta, domy, pola przed czarami, ogniem i wszelkim złem; połykanie bazi zapobiega bólom gardła i głowy, a sproszkowane kotki dodawane do naparów z ziół mają moc uzdrawiającą; uderzenie dzieci witką z palmy zapewnia zdrowie; ponoć krzyżyki z palmowych gałązek zatknięte w ziemię bronią pola przed gradobiciem i burzami; poświęconą palmą należy pokropić rodzinę, co zabezpieczy ją przed chorobami i głodem; poświęcone palmy wystawiane podczas burzy w oknie chronią dom przed piorunem, itd.

Okres Świąt Wielkanocnych na Kujawach, podobnie, jak w całej „Polszcze" zaczyna się Niedzielą Palmową. Tak, jak po kraju, i u nas robiono palmy i niesiono je do poświęcenia w kościele. Nasze rodzime kujawskie palmy w porównaniu z wieloma innymi regionami nie były zbyt ozdobne. Pozbawione były tej wykwintności, jaka dzisiejsze palmy cechuje. Były to gałązki wierzby z baziami związane tasiemką lub wstążeczką z dodatkiem, choć nie zawsze, gałązki trzciny i borówki. Już jako dzieci biegaliśmy z wczesną wiosną po okolicznych polach podpatrując cud wiosny. Często wyprawialiśmy się dalej, w lasy miradzkie i nad jeziora w Łąkiem i Ciencisku. Przeważnie wyprawa na „Łapusa" kończyła się przyniesieniem do domu bazi i palm wierzbowych. Ciocia Pela robiła z palm bukiet, przepasywała wstążką niebieską lub czerwoną i w Niedzielę Palmową niosła na Sumę, na dziesiątą, do kościoła. Poświęcony bukiet przynosiła do domu i stanowił on ozdobę stołu podczas świąt. Kiedy bazie zaschły, nigdy nie lądowały w śmieciach, zawsze były spalane w „kachloku" (piecu kaflowym).

W wielkim tygodniu dniami szczególnymi były trzy ostatnie dni. W Wielki Czwartek wszyscy szliśmy do kościoła na wieczorną uroczystość Ostatniej Wieczerzy Pańskiej. W tym dniu była to jedyna msza św. Ale również w tym dniu zaczynały się kulinarne przygotowania do świąt. Corocznie mama poświęcała przedpołudnie na pieczenie kruchych ciastek, którymi zapełniała wielkie blaszane pudło po herbacie. Kolejnymi wypiekami były babki piaskowe w korytku i okrągłej, karbowanej, a do tego kamionkowej formie. Również przygotowywała spody pod mazurki i biszkopt na tort. Lukrowanie bab, nadziewanie i dekorowanie tortu i mazurków oraz sernika upieczonego w piątek następowało w sobotę, wczesnym rankiem. W czwartek po południu mama mieliła i przyprawiała mięso na białą kiełbasę, którym po przyjściu z kościoła napełniała flaki. Później wisiały pęta na drążkach, roznosząc woń po całym mieszkaniu. Również w tym dniu bejcowała mięsiwa, przygotowując do piątkowego pieczenia. Obecnie moja małżonka Lidziunia piecze niemniej pyszne ciasta: przewspaniały sernik, babkę piaskową i mazurka - pychoty, a w tym roku mazurek będzie większy bo zamówił sobie połówkę nasz wnuczek Waldemar. To co jeszcze wyczarowują jej magiczne rączki, to galart, czyli zylcę i sałatkę warzywną...

W piątek do południa wszyscy szliśmy do spowiedzi. Z kartkami w ręku kolejno podchodziliśmy do mamy z prośbą o przebaczenie nam występków - grzechów - i całowaliśmy Ją w dowód skruchy w rękę. Pamiętam, jak mama uśmiechając się, wycierała w fartuch dłoń i ze słowami - żałuj za grzechy, podawała ją do ucałowania. Dziś tego zwyczaju już chyba nikt nie stosuje, a przecież było to takie piękne.

W dniu tym w domu naszym przygotowywane były wszystkie mięsiwa. Tak, więc wcześniej nasoloną szynkę należało opłukać i silnie związać dratwą na wzór siatki. Następnie gotowało się ją z dodatkiem przypraw, tyle godzin ile kilogramów ważyła. Po ugotowaniu lądowała ona w kadzi z zimną wodą, a mama tłumaczyła nam pytającym się, dlaczego? - by zachować jej soczystość. Już w trakcie przygotowywane były mięsiwa do pieczenia. Ojciec uwielbiał wołowinę w całości. Mama słuszny kawał takiego mięsa szpikowała słoniną, soliła, pieprzyła - bez tych współczesnych przypraw do mięs - kładła do brytfanny na rozgrzany tłuszcz i opiekała. Później dusiła z dodatkiem czosnku i cebuli, pod szczelnym przykryciem. Kolejnym mięsiwem była karkówka zwinięta w baleron i podobnie, ale bez słoniny, pieczona i duszona. Omastą całości był wyśmienity pasztey z dziczyzny, niestety, dziś choć bracia moi polują zbyt często dziczyzny nie zajadam, ale raz w kwartale i owszem. Cóż, nie są Oni tzw. mięsiarzami, jeno myśliwymi z kodeksem za "Pan Brat". Ale pasztet zrobię, będzie pychota - mieszany z sarniny od Michała z zeszłego roku i wieprzowiny. Wiem, że bardzo dobry pasztet robią moi bracia - jadłem, palce lizać. Niemniej wyśmienity pasztet robi Marcina Juniora teściowa, Ela z Białegostoku - z dodatkiem żurawiny.

Mama miała tak zaplanowaną pracę, że między tymi mięsiwami, jeszcze znajdowała czas na zrobienie pysznej „zylcy", czyli galartu z golonek. Do zastygnięcia, zylca wylewana była do okrągłej formy od babki piaskowej. Zylcę polaną octem w dużych ilościach połykał tata, jako przekąskę pomiędzy posiłkami. W tym czasie starsi bracia tarli chrzan w korytarzu przy sztucznie wywołanym przeciągu. Natrzeć musieli tej przyprawy cały słój, a już samym jego doprawieniem zajmowała się mama. Kilka dni wcześniej, wysiewana była gorczyca na ligninie i robiona była ćwikła, czyli ugotowane, obrane i pokrojone w plastry czerwone buraczki, ściśle ułożone w weckach, a następnie zalane kwaśno-słodką zalewą: lekko osolona i osłodzona gotująca woda z dodatkiem ziela angielskiego, listka bobkowego, cebuli, korzenia chrzanu i octu. Był to nieodzowny dodatek do mięs na zimno. Dziś najlepszą ćwikłę robi brat Grzegorz.

W piątek, wcześnie rano, mama zakradała się do sypialni i uchylając pierzyny, wybijała na naszych nogach „Boże Rany". Ten manewr nie ominął nikogo, nawet ojca. Wołając: Boże Rany, Boże Rany niemiłosiernie witkami śmigała po naszych nogach, przy okazji sprawdzając: - Maryś znowu nóg nie umyłeś! Cały dzień pościliśmy. Rano chleb z marmoladą i czarna kawa zbożowa, na obiad polewka, wieczorem herbata i chleb z dżemem. Mama z tatą w ogóle nie jedli w tym dniu, jedynie pili kawę zbożową. Wieczorem wszyscy obowiązkowo do kościoła na liturgię i do Grobu Pańskiego. Po powrocie, jak starczyło czasu, to jeszcze robiliśmy - mama lub któryś ze starszych braci - baranka z dwóch osełek masła.





 
W sobotę rano z kuchni ulatniał się zapach parzonej białej kiełbasy. Na tym wywarze, jak i na wcześniejszym z gotowanej szynki, mama przygotowywała świąteczny żur z jajcem na twardo i plasterkiem szynki. Już wówczas, przed 50. laty w sobotę święconkę nosiliśmy do kościoła w ogromnym koszyku wiklinowym. Ale wcześniej z rana rodzicielka ciachała warzywa na sałatkę, gdyż bigosu nie gotowaliśmy na Wielkanoc. Wielkanoc to zimny stół, wyjątek stanowił żurek na ciepło, gorąca biała kiełbasa i jajca na miękko. Te na twardo, gotowane były w sobotę w łupinach od cebuli, dawało to jasnobrązowy kolor. Kilkanaście ugotowanych bez barwienia jaj służyło nam do wykonania różnymi technikami przecudnych pisanek. A były to jajca kolorowane farbkami wodnymi, kredkami pastelowymi i wyklejane kolorowymi bibułkami. Najpiękniejsze pisanki wychodziły spod pędzla mamy, malowała je po mistrzowsku.

Pomimo tych zapachów i krzątaniny, post nadal obowiązywał, nawet po poświęceniu jadła, czyli tzw. święconego. Kiedy już nastał zmrok, wszyscy jak jeden mąż zasiadaliśmy do stołu i kleiliśmy pudełka na prezenty, jakie to wówczas w nocy, a właściwie nad ranem przynosił do domu naszego „Zając". Kartoniki te mościliśmy siankiem wykonanym z drobniutko pociętej zielonej krepy i bibuły. Były to tzw. gniazdka, które następnie składaliśmy w różnych, ale widocznych zakamarkach, po to by rano odkryć w nich wszelakie słodkości: cukrowe zajączki, kurczaczki, jajeczka, czekolady, batony itp. słodkości.

Ale, zanim do tego doszło, starsi bracia i rodzice chodzili na rezurekcje, czyli uroczystą, pierwszą z rana mszę św. z procesją. Po mszy św., kiedy obywatelstwo opuszczało kościół z tyłu za Prokopem (rotunda pod wezwaniem tegoż świętego) odbywał się harmider niebywały. Kilkoro mężczyzn odpalało ładunki karbidu (gazu powstałego z mieszaniny wody i kamienia karbidowego) nagromadzonego w specjalnie przygotowanej puszce. Detonacjom towarzyszył silny huk!

Po przybyciu z kościoła mama, przy naszej pomocy szykowała śniadanie wielkanocne. Myśmy zastawiali ogromny dwunastoosobowy stół świąteczną zastawą, a następnie: galartami, mięsiwami na zimno, szynką gotowaną, jajcami na twardo, sałatką, barankiem z masła, pięknymi okrągłymi chlebami ćwikłą i innymi dodatkami. Wszystko udekorowane było „grynszpanem", jak zwykliśmy nazywać gałązki zimozielonego bukszpanu. W kuchni parzyła się biała kiełbasa i parówki dla najmłodszej dziatwy; podgrzewał się żur i gotowały się pięciominutowe jajka na miękko. Oddzielny ośmiokątny stolik brydżowy załadowany był ciastami: tortem, mazurkami, sernikiem, babami silnie lukrowanymi, ciasteczkami i czym tam się jeszcze dało. Kiedy siadaliśmy do stołu, wszyscy czekali, aż mama obierze jajko podzieli je na drobne kawałki i wszystkich, niczym Bożonarodzeniowym opłatkiem, poczęstuje z życzeniami Wesołego Alleluja! Bezwzględnie odmawialiśmy modlitwę: Pobłogosław Panie Boże nas i te dary, które z twej szczodrobliwości spożywać mamy Amen.

W ruch szły noże i widelce, w pierwszej kolejności pałaszując ciepłe potrawy, zimne zostawiając na później. Obiadu w tym dniu nie wystawialiśmy. Stół stał cały dzień zastawiony smakowitościami, jeno podchodziło się do niego i pojadało: zimne mięsiwa z sosami tatarskim i majonezem oraz z dodatkiem ćwikły; szynkę z chrzanem, podobnie białą kiełbasę; no i oczywiście ciasta wszelakie.

Wielkanoc kończyła spożywanie żuru „kroszonygo hoczykim", jak mawiała nasza sąsiadka z podwórza. Kiedy onegdaj zapytałem się jej: - Sąsiadko, a jaki to jest ten żur? Wówczas pokazała mi. Do gotującej się wody, z lekka osolonej, wlewało się zakwas z żytniej mąki wcześniej uczyniony. Gdy ten połączył się z wodą i przybrał właściwą konsystencję dla zup zagęszczonych, wkładało się do gara pogrzebacz do białości w palenisku rozżarzony. Jego zetknięcie z żurem powodowało wybicie się tłustych oczek powstałych z wytrącenia się białka z przefermentowanej mąki żytniej.

W tym roku śniadanie wielkanocne spędzamy sami, we dwoje, ja i moja Perełeczka. Oczywiście goście zawitają i będzie się świątecznie działo...


Alleluja dziś śpiewamy,
Bogu cześć i chwałę dajmy,
Bo zmartwychwstał nasz Zbawiciel,
Tego świata Odkupiciel.

Zdrowia, radości i powodzenia
To są najszczersze nasze życzenia.
Na stole święcone, a obok baranek,
Koszyczek pełny barwnych pisanek
I tak znamienne w polskim krajobrazie
W bukiecie srebrzyste, wiosenne bazie.
Zielony barwinek, fiołki i żonkile
- Barwami stroją uroczyste chwile.
W dom polski wiosna wchodzi na spotkanie,
Gdy wielkanocne na stole śniadanie.

Radosnego, wiosennego nastroju,
miłych spotkań w gronie Rodziny i wśród przyjaciół
oraz cennych prezentów od zajączka
z okazji Świąt Wielkanocnych
życzą ...

Marian z żoną Lidią

środa, 23 maja 2018

Opowieść o leśniku Tomaszu Przybylskim



Przed czterema laty 7 sierpnia 2014 r. zamieściłem na nieistniejącym już blogu platformy pl. Strzelno moje miasto cz. 3 artykuł zatytułowany "O korzeniach". Dzisiaj przenoszę go z szuflady pamięci na właściwy blog rodzinny Przybylscy ze Strzelna i zapraszam do zapoznania się z fragmentem dziejów mojej rodziny.

W budowie mojego drzewa genealogicznego, w przodkach po mieczu nie mogłem wychylić się ponad pradziadka Kacpra Przybylskiego z Głuchowa parafia Komorniki, tuż za Poznaniem. W drzewie mam dziewięć pokoleń i blisko 300 najbliższych przedstawicieli podstawowych Rodów: Przybylskich, Jagodzińskich, Woźnych i Martinsów. Z bocznymi gałęziami będzie około 500 krewniaków. Kilka lat poszukiwań nie wskazywało na to, że w końcu odnajdę kolejnego antenata po mieczu. Przypadek sprawił, że trafiłem na akt zgonu Franciszki Jarmark, sekundo voto Budnej, primo voto Przybylskiej. Swoistego olśnienia doznałem, kiedy wyczytałem, iż zgłoszenia zgonu dokonał nie kto inny jak mój pradziad Kacper z Głuchowa.

Serce mocniej załomotało i dalej zacząłem wracać do różnych wcześniejszych wypisów z akt metrykalnych. Przede mną zaczęła rozświetlać się przeszłość. Okazało się, że moja praprababcia wychodziła aż trzy razy za mąż, że pierwszym jej małżonkiem był nie kto inny jak Tomasz Przybylski. Po jego śmierci wyszła drugi raz za Jana Budnego, a gdy ten z kolei umarł poślubiła mając 60 lat o trzy lata młodszego Stanisława Jarmarka.

Praprababka urodziła się 28 marca 1817 roku w Pożegowie koło Mosiny jako córka Andrzeja Magdziaka i Ewy Miedziarek. W 1836 roku w kościele parafialnym w Mosinie (dzisiaj Pożegowo jest częścią Mosiny) zawarła związek małżeński z leśniczym dominialnym Tomaszem Przybylskim. Tomasz, jak podał do Liber Copulatorum parafii św. Mikołaja i Wawrzyńca w Mosinie miał w chwili zaślubin 30 lat. Czyli urodził się w 1806 roku, na krótko przed kampanią wschodnią Cesarza Francuzów Napoleona.

Niestety nie udało mi się dotrzeć jeszcze do rodziców Tomasza, ale będę się starał odkryć ich imiona. Z zebranych dziewiętnastowiecznych dokumentów mojej rodziny dowiedziałem się tak wiele – do tego opowieści i wspomnienia rodzinne – że niebawem powstanie całkiem obszerna saga. Materiał jest tak ciekawy, z tyloma wątkami, że ostatnio pochłonął mnie i zajmuje większość mojego czasu wolnego.

Na podstawie aktów metrykalnych braci mojego pradziadka, np. Walentego urodzonego w 1851 roku w miejscowości Trzebów (obecnie Trzebaw koło Stęszewa), wiem, że jego ojciec Tomasz Przybylski (mój prapradziadek) był leśniczym dominialnym w dobrach Tytusa Działyńskiego. Obecnie lasy te stanowią obszar Wielkopolskiego Parku Narodowego. Wiedzę o tym dopełnia akt małżeństwa Walentego, w którym podany jest zawód ojca - Dominial-Förster Thomas Przybylski.


Kontynuatorem tradycji leśnej po trzykroć dziadka Tomasza jest starszy brat Antoni, który przez szereg lat piastował stanowisko wicedyrektora pilskich Lasów Państwowych. Ponad 20 lat w lasach pracował młodszy brat śp. Tadziu. Najstarszy brat Michał ze synami z pasją uprawia łowiectwo – oczywiście wciągnięty przez Antoniego.

W mojej rodzinie w gałęziach drzewa genealogicznego było co najmniej 6 pokoleń rolników i 5 pokoleń młynarzy, przeplatały się między nimi 3 pokolenia urzędników, 2 razy po 2 pokolenia szewców, 2 pokolenia stolarzy, 2 pokolenia kupców, 2 pokolenia leśników itd. Nie wspomnę o innych profesjach, którymi parali się nasi przodkowie, a których było bez liku. Niewątpliwie wszystkie opisane zostaną w sadze rodzinnej.

czwartek, 29 marca 2018

Tadziu - wspomnienie



Tadziu urodził się 19 lipca 1954 r. w Strzelnie w rodzinie inteligenckiej Ignacego i Ireny z domu Woźna Przybylskich. Na świat przyszedł po Michale, Antonim, Wojciechu i po mnie jako piąty syn. Po czasie miał jeszcze młodsze rodzeństwo, Grzegorza i Annę. Jako, że rodzice z utęsknieniem czekali na córeczkę, mama Tadzia próbowała upodobnić na dziewczynkę. Pamiętam, że miał jasne, długie blond włosy i czesany był na córeczkę, z kitkami, kokiem i wplecionymi wstążeczkami. Z upływem czasu nie dało się tego stylu utrzymać, gdyż Tadziu okazał się żywym i niezwykle energicznym chłopcem, a kiedy po dwóch latach na świat przyszedł Grzesiu mama ustąpiła i zaprzestała żeńskich eksperymentów na starszym. Przyszedł fryzjer pan Boesche i obciął Tadzia na pałę, pozostawiając mu jeno grzywkę.

Przed blisko sześcioma laty, kiedy ciężko zachorował napisałem kilka anegdot z Jego życia. Są one na blogu, zatem można do nich sięgnąć, zatem ten okres pominę w opowieści wspomnieniowej. Przypomnę jedynie ten fragment, który niewątpliwie miał później ogromny wpływ na Jego dorosłe życie. Otóż począwszy od Antoniego po Grzesia wszyscy byliśmy ministrantami i wiarę Chrystusową wyznawaliśmy przykładnie, a Tadziu został pierwszym w naszej rodzinie, który przyjął tzw. wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Pamiętam ten dzień i otrzymaną przez niego pamiątkę komunijną i śliczne dziecięce ubranka. Pamięć ta została później utrwalona przez opowiadania mojej pierwszej małżonki Marysi, która wówczas razem z Tadziem przyjęła wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Zawsze, gdy się spotykaliśmy, Marysia zagadywała Tadzia – a pamiętasz naszą Komunię?


Od lat dziecięcych wszyscy bracia upodobali sobie las, który niezależnie od pory roku był naszym przysłowiowym drugim domem. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy w naszych ukochanych Lasach Miradzkich. Jezioro Łąkie służyło nam w upalne letnie dni, zaś las wypełniał pozostałe luki kalendarzowe. W nim wiosną, latem, jesienią i zimą bawiliśmy się w wymyślne zabawy harcersko-traperskie, a przy okazji chłonęliśmy książki przyrodnicze i przygodowe, czerpiąc szczególnie z tych ostatnich źródła naszych inspiracji do życia w przygodzie. Ta pasja towarzysząc nam wszystkim pozostała do dzisiaj. Antoni z Tadziem związali swoje życie zawodowe z lasami, Michał poluje, Wojtek z Grzesiem są wytrawnymi grzybiarzami i zwolennikami rekreacji w leśnych ostępach, zaś ja piszę artykuły oraz książki o lasach i łowiectwie.


Pamiętam, że jednego roku, jako kawalerowie wybraliśmy się z Tadziem nad jezioro w Łakiem. Tadziu dla rozrywki zabrał ze sobą oryginalny przedwojenny gramofon z wielką tubą, nakręcany kolbką, z zestawem oryginalnych starych płyt. Rozłożył go na pomoście, nakręcił, załadował płytę i hajda! Przepiękne, stare, romantyczne piosenki oraz arie operowe zagłuszyły radia tranzystorowe plażowiczów, a muzyka niosła się po wodzie na drugi brzeg, aż do wsi. O dziwo nikt nie wydarł się na nas, wręcz przeciwnie, wielu z ciekawości podeszło do nas i podziwiało stare, muzealne urządzenie, zaś dziewczyny... po prostu, zaczęły z nami się umawiać na indywidualne słuchanie płyt:
- Ja mam po babci stare płyty i jeszcze nigdy ich nie słuchałam, może umówimy się na przesłuchanie - zwróciła się do nas miła blondynka. A my na to jak na lato...

Tadziu miał bardzo wielu kolegów, że nie wspomnę o koleżankach. Wszyscy go lubili, wręcz darzyli przyjaźnią. Zresztą, co ja tu piszę, Tadziu był tak pogodny, że nie mogło być inaczej. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w Zespole Szkół Zawodowych w Strzelnie. Po trzech latach zdobył zawód i rozpoczął pracę w strzeleńskim FATO. Tam zawiązał wiele kolejnych przyjaźni i to z osobami starszymi od siebie - po prostu, dał się lubić. Wkrótce zapoznał swoją przyszłą żonę Ulkę. Pierwsze spotkanie przerodziło się w szybkim tempie w wielką miłość, która zaowocowała małżeństwem. Dobrze pamiętam ich wesele, gdyż byłem gospodarzem alkoholu i przez całą noc byłem trzeźwy jak ryba. To wówczas babcia Ulki podarowała mi dużą drewnianą rzeźbą Chrystusa Ukrzyżowanego, która od tamtego wydarzenia, a było to w 1978 r. towarzyszy mi do dzisiaj.

Z wnukami - Frankiem i Filipem.
Młodzi zamieszkali w Strzelnie przy Rynku 7. Mieli niewielkie, ale przytulne mieszkano na piętrze - pokój z kuchnią. Tadziu miał bardzo dobre wyniki zawodowe, dlatego z myślą o poszerzeniu swoich możliwości kwalifikacyjnych zrobił kurs specjalistyczny i został mistrzem kowalskim. Wkrótce otrzymał propozycję od Antoniego, ówczesnego wicedyrektora Lasów Państwowych w Pile, by przenieść się wraz z rodziną do Jastrowia. Tam było duże nadleśnictwo, w którym potrzebowano fachowca wielofunkcyjnego w zawodach, które właśnie posiadał Tadziu. Skusiło go piękne mieszkanie dobrze zapowiadające się perspektywy i stabilizacja. Nowa praca, otoczenie sprawiły, ze Tadziu podjął dalszą naukę i zdobył tytuł technika. W Nadleśnictwie Jastrowie piastował stanowisko magazyniera, zatem bardzo odpowiedzialne, do tego nauczył się preparować poroża, stając się bardzo pomocnym, szczególne dla myśliwych dewizowych. Rodzina szczęśliwie mu się rozwijała, miał trzy córki, które bardzo kochał, małżonka również pogłębiła swoje kwalifikacje i była przedszkolanką.


Byli bardzo religijni, niemalże co roku w pierwszą niedzielę lipca przyjeżdżali na odpust do Sanktuarium w Markowicach, do Królowej Miłości i Pokoju Pani Kujaw. Przy okazji odwiedzali rodzinę w Niemojewku, Kruszy Podlotowej i Strzelnie. Zaś my bracia robiliśmy do Tadzia i Ulki wypady na grzybobranie, przywożąc stamtąd kosze podgrzybków i prawdziwków.

Po wielokrotnym złamaniu ręki w dzieciństwie, dopadła go kolejna choroba pękł mu tętniak w głowie... Został uratowany, Bóg pozwolił mu jeszcze przez wiele lat dopełniać obowiązków rodzicielskich i kochającego małżonka. Przed sześcioma laty kolejna choroba - rak. Bohatersko, wspierany przez Ulkę walczył z chorobą nie poddając się jej skutkom. Cierpiał, mimo to nie pozbył się uśmiechu, humoru i radości, żył godnie.

Oboje małżonkowie zaangażowali się w Ruch Szensztacki - ruch katolicki o charakterze Maryjnym, pedagogicznym i apostolskim. W Maryi zaczęli szukać wzoru i pomocy do dojrzałego przeżywania swojej wiary i dawania o niej świadectwa w świecie. Wszystkich członków Ruchu jednoczy przymierze miłości z Maryją, rozumiane jako pogłębienie życia w wierności przyrzeczeniom chrztu świętego. Z czasem Tadziu dojrzał do tego by zostać nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej. Był gorliwym czcicielem Matki Chrystusowej i to Ją widział i do niej się uśmiechał, trzymany z rękę przez Ulkę, w godzinie swego odejścia do Domu Pana - 15:05 w piątek 23 marca 2018 r., w Godzinie Miłosierdzia, w tej samej chwili, w której konał nasz Pan Jezus Chrystus.

Wtorek 20 marca 2018 r. w mieszkaniu Tadzia w Jastrowiu. Od lewej: Wojtek, Michał, Tadziu, Antoni, ja,
kuca Grzesiu.
We wtorek na trzy dni przed Jego odejściem stawiliśmy się u Niego, w Jego domu - wszyscy bracia. Miesiąc wcześniej była u Niego nasza siostra Hania. Wiedzieliśmy, ze jest bardzo źle, że bardzo cierpi... Ale on tego nie okazywał, nie skarżył się, ucieszył się naszym widokiem, zaczęliśmy wspominać nasze wspólnie przeżyte lata... Uśmiechał się, dwa dni wcześniej urodziła się mu wnuczka Stefcia, daliśmy mu chwilę, na którą czekał. Po naszym wyjeździe poprosił Pana, by przyjął go do Domu Swego...

We wtorek 27 marca o godz. 13:00 mury świątyni parafialnej p.w. św. Michała Archanioła w Jastrowiu wypełniły się wiernymi: rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami i znajomymi. Przyjaciele z Rodziny Szensztackiej u stóp trumny ze zmarłym Bratem zaintonowali modlitwy i pieśni, poświęcając je zmarłemu. Siedzieliśmy z Lidzią i synem Marcinem za najbliższymi Tadzia, obok nas siostry zakonne i w pierwszych rzędach liczna rodzina - rzewnie się modliliśmy. O 14:00 rozpoczęła się Msza św. Przy ołtarzu stanęło sześciu kapłanów. Ksiądz proboszcz przepięknie opowiedział o Tadziu. Z jego słów dowiedzieliśmy się o pięknym dziele życia naszego brata...

Kiedy u mogiły żegnałem Brata w imieniu rodziny, powiedziałem: - Tadziu! To nic, dziękujemy Ci za wspólnie przeżyte lata. Zobacz, tam u góry w jasnym rozsłonecznionym niebie widzimy otwarte drzwi Domu Pana, a w nich, czekają na Ciebie uśmiechnięci nasi rodzice... Czekaj na nas, i my do Was również dołączymy... Żegnali Go również przyjaciele z Rodziny Szensztackiej...

Pokój Twojej Duszy

ps. Tadziu nie był pozbawiony trosk w swoim 63-letnim żywocie. Nigdy się nie poddawał. Przyśnił mi się mówiąc: - Zacząłeś kiedyś o mnie pisać, dokończ zatem tę opowieść...

sobota, 24 marca 2018

Zmarł nasz Brat Tadeusz Przybylski (1954-2018)


Pogrzeb śp. Tadeusza Przybylskiego odbędzie się 27 marca 2018 r. w Jastrowiu. Msza Święta o godz. 14:00 w kościele parafialnym p.w. Świętego Michała Archanioła przy ul. Kościelnej, po której ceremonia pogrzebowa na Cmentarzu Komunalnym w Jastrowiu przy ul. Cmentarnej.


We wtorek byliśmy wszyscy bracia u Tadzia, wcześniej była u Niego nasza siostra Hania. Wiedzieliśmy, że jest ciężko, że choroba Go niszczy. Walczył z nią 6 lat. Zmarł wczoraj, w piątek 23 marca 2018 r. w domu rodzinnym w Jastrowiu. Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie...

Nakłoń, Panie, ucho ku prośbom pokornie przez nas zanoszonym do Twego miłosierdzia i umieść w krainie pokoju i światłości duszę Twojego sługi Tadeusza, której kazałeś odejść z tego świata, oraz włącz ją do społeczności Twoich Świętych.

Spraw, prosimy Cię, Panie, aby ta modlitwa wyjednała zbawienie duszy Twojego sługi Tadeusza, za którym pokornie błagamy.

Prosimy Cię, Panie, uwolnij od więzów grzechu duszę Twojego sługi Tadeusza, aby wskrzeszony żył w chwale zmartwychwstania wśród Twoich świętych i wybranych.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


W naszej pamięci pozostanie na zawsze... 












czwartek, 22 marca 2018

Odzew po latach...

To ja, Marian Przybylski podczas prelekcji w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Strzelnie. Temat: Strzelnianie odznaczeni Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.

Grubo ponad trzy lata temu dokonałem ostatniego wpisu, a to może świadczyć, że zaniedbałem stronę rodzinną, o której miałem pisać na tymże blogu. Wszystko przez to, że pochłania mnie prowadzenie bloga o naszym mieście Strzelnie, pisanie książek, z których wydanych drukiem zostało już 17 oraz pisanie artykułów prasowych i na portale internetowe. Ale co najważniejsze, to od ponad pięciu miesięcy jestem na emeryturze; i co, i nic, piszę dalej... i czasu tak właściwie już nie brakuje. Staram się nim gospodarzyć, by starczało go na wszystko.

W międzyczasie, czyli od mojego ostatniego pisania zaszło nieco zmian w rodzinie. U nas powiększyła się o dwie osoby. Marcin Junior Lewicki ożenił się i pół roku temu na świat przyszedł ich synek, a nasz wnuczek, Ignacy Waldemar Lewicki. Iguś jest tak uroczy i to pod każdym względem, iż stanowi swoisty balsam na poprawianie naszego samopoczucia. Chwilowo przemieszkują młodzi w Strzelnie i są drugą nogą w Bydgoszczy, gdzie Teresa, żona Marcina przygotowuje się do przyszłego realizowania się w swoim zawodzie.

We wrześniu 2016 r. zmarła bratowa Maria, żona Wojciecha. Jej śmierć była dla nas ogromnym zaskoczeniem. Spokój jej duszy, jak i wszystkich zmarłych z naszych rodzin jest ciągle wymadlany. W bardzo złym stanie jest nasz brat Tadziu (rocznik 1954). Już 6 lat walczy z chorobą, która ostatnio się spotęgowała. Byliśmy go wszyscy bracia odwiedzić - we wtorek, a dwa dni przed naszym przyjazdem urodziła mu się wnusia.

Barwy naszego życia niczym nie różnią się od innych rodzin. Są piękne o pełnej palecie barw, jak i pisane losem ludzkiego bytu. Najważniejsze, że nie żałujemy dni minionych, jeno je dobrze wspominamy i cieszymy się przeżytymi latami. Chciałbym częściej pisać o rodzinie, bo warto. Nasza historia zasługuje na jej utrwalenie, na przekazanie dziejów przodków młodym pokoleniom, by pamiętali i o nas, kiedy nas zabraknie...

By nie zapeszać nie podam o czym będzie kolejna opowieść, kolejne wspomnienie. Postaram się by było to jak najszybciej.