wtorek, 10 września 2013

Marysia 1954-1998. W 15 rocznicę śmierci

Marysia, obraz olejny pędzla Jana Sulińskiego - 1998


Dziś wtorek 10 września 2013 roku o godzinie 10:55 minęło 15 lat od śmierci mojej małżonki Marysi z Gabryszaków Przybylskiej. To już tyle lat, że aż trudno uwierzyć. W sobotę 7 września przechodząc pierwszą fazę przeziębienia poszliśmy z Lidką na cmentarz i jak co tydzień posprzątaliśmy miejsca spoczynku naszych najbliższych. Zaś dzisiaj moja druga małżonka Lidia wraz z córką Agnieszką i wnukiem Dawidem dopełnili dekoracji pomnika nagrobnego, sadząc piękne wrzosy w donicy (białe) i układając w wazonie bukiet tego samego koloru - róże. Ja niestety przeziębiony, wziąłem udział w wieczornej mszy św. odprawionej o godz. 18:00 za spokój Duszy śp. Marysi, po której, mimo przeziębienia poszliśmy na cmentarz, by pomodlić się... Nie wymagam, aby wszyscy pamiętali o rocznicy Jej śmierci, ale chciałbym, by dzieci i wnuki kiedyś kontynuowały ten zwyczaj modlitwy i płonącego znicza na mogile mamy i babci.

Pierwsze kroki. Marysia z mamą nad jeziorem w Łąkiem.


Chciałbym, by również pamiętano, jaką osobą była Marysia. Już kilka razy pisałem O Niej. Jej biogram zamieszczony jest również w mojej książce, którą napisałem we współautorstwie z Kazimierzem Chudzińskim Strzeleńska nekropolia. Dzisiaj chciałbym przywołać swoją pierwszą małżonkę nie w osnowie jakiegoś smutku, raczej normalnie, bo przecież była Ona osobą radosną. Dużo tzw. radochy mieliśmy z pierwszego spotkania, kiedy to poznałem swoją przyszłą żonę.

Było to tuż po moim wyjściu z wojska, z którego ze względu na chorobę zostałem przed terminem zwolniony. Druga połowa lipca 1974 roku. Ciepło, a ja miałem jeszcze kilka dni laby. Pojechałem nad jezioro do Łąkiego. Po kąpieli i popisowym przepłynięciu kilkuset metrów – byłem przecież ratownikiem wodnym – wyszedłem na plażę i dla szybkiego osuszenia się dołączyłem do koedukacyjnej grupy rówieśników grających w kole w pewien rodzaj piłki siatkowej. Gra nabierała szybkości, gdyż wszyscy bardzo sprawnie w nią operowali. W grupie znajdowała się pewna urocza czarnulka, która w odbijaniu brylowała. Nagle, ni stąd, ni zowąd trzask prask i poczułem silne uderzenie w twarz. Gwiazdki w oczach, szum w głowie i padłem jak długi. Po chwili usłyszałem przestraszony głos klęczącej obok mnie uroczej czarnulki.
- przepraszam, ale to niechcący, to nie miało być w ciebie, przepraszam…

Kiedy gwiazdki przestały w oczach migotać, i mgła z powiek opadła ujrzałem twarz wystraszonej dziewczyny klęczącej nade mną. Jej głos zmienił się w śpiew, a ja zauroczony i nie czujący bólu podałem Jej rękę i wstałem.
– Nic się nie stała, to moja wina, gdyż nie sparowałem uderzenia – odpowiedziałem zatroskanej o mój stan świadomości dziewczynie. Zaś z boku doszły mnie głosy kolegów:
- Marian i tak szybko wstałeś. Po uderzeniu Miki większość traci przytomność.

W tle słyszałem jakieś chichoty i słowa: - ale mu przyłożyła. Zaś dla mnie był to powód do nawiązania rozmowy  z dziewczyną, którą przedstawiono mi, jako Marylę Gabryszak. Zakończyliśmy grę w piłkę, gdyż łąkiewska plaża zaczęła zapełniać się letnikami. Całą grupą poszliśmy do wody, a w niej okazało się, że dopiero co poznana dziewczyna nie radzi sobie zbyt dobrze w wodzie. Owszem, umie pływać, ale co to za pływanie. Koledzy zaczęli wołać: - Marian jest ratownikiem, to nauczy cię kraula!
- Tak? jesteś ratownikiem? – na co odpowiedziałem – tak jestem i mogę podjąć się nauki.
- To może jutro?
-Może być jutro – odpowiedziałem, uradowany, że możemy naszą znajomość kontynuować.

Rodzeństwo na ławeczce u Dziadków w Wylatowie. Od lewej Zbyszek, Marysia, Andrzej. 


I tak to wszystko się zaczęło, rok później 16 sierpnia 1975 roku zawarliśmy związek małżeński, który trwał 23 lata. Do srebrnego wesela zabrakło nam dwóch lat. Ciężka choroba zabrała dzieciom matkę, a mi żonę. Ale przywołując pamięć o Marysi, w formie biogramu opiszę Jej życie, czyniąc to, by pamięć o Niej trwała we wszystkich, którzy będą to wspomnienie czytali.

Początek będzie bardziej genealogiczny i zacznę od rodziców i dziadków Marysi. Matka Stefania Wanda Gabryszak urodziła się w zacnej rodzinie młynarskiej w Wylatowie w powiecie mogileńskim. Jej rodzicami byli Marianna i Antoni Siwowie i była jedną z trzech córek małżonków. Najstarszą była Heliodora zamężna Bojananowska, zaś najmłodszą Maria zamężna Kędzierska. Dziadek Marysi był kierownikiem młyna u ziemianina Matuszewskiego. Siwowie mieszkali przy ulicy Chabskiej nr 1, tuż za słynnym zajazdem u Kamyszka, z którym byli spokrewnieni.

W wylatowskim ogrodzie. Marysia bardzo lubiła kwiaty. Kiedy mielismy działkę, to 20% powierzchni zajmowały kwiaty.


Ojciec Marysi, Edmund Gabryszak jako dziecko stracił ojca podczas I wojny światowej. Babcia Marcianna wyszła po raz drugi za mąż za szewca Kaniastego. Z pierwszego małżeństwa miała dwójkę dzieci, syna Edmunda i córkę Wandę. Z drugiego, małżonkowie dzieci nie posiadali. Mieszkali również w Wylatowie i również przy ulicy Chabskiej. Szereg opowieści z dziejów rodziny przedstawię w innym wspomnieniu. Tymczasem przejdźmy do rodziców Marysi, Stefanii i Edmunda. Związek małżeński zawarli w 1946 roku w Wylatowie i w poszukiwaniu klienteli, gdyż Edmund był wyuczonym cholewkarzem, przenieśli się do Strzelna. Tutaj zamieszkali przy obecnej ulicy Gimnazjalnej w kamienicy Fika.

Marysia


Początkowo prowadził własny zakład cholewkarski, lecz po 1950 roku wraz z ogromnym domiarem kładącym kres wielu rzemieślników, zamknął warsztat i podjął pracę w spółdzielni szewskiej. Pamiętam, ze zakład mieścił się w domu przy ulicy Świętego Ducha. Później pracował w GS „SCh” jako magazynier i przed przejściem na rentę na podobnym stanowisku w PGR. W latach pięćdziesiątych Gabryszakowie przenieśli się na większe mieszkanie w kamienicy przy ulicy Kościelnej u Konkiewiczów. Rodzina wówczas liczyła pięć osób i składała się z rodziców i trójki dzieci: Zbigniewa urodzonego w 1947 roku, Andrzeja rocznik 1949 i Marysi rocznik 1954. Niestety, nikt już z nich nie żyje.

Tyle dzisiaj. Niebawem kontynuacja wspomnienia.
CDN


Marian Przybylski

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Moje dzieciństwo cz. 4 - Tadziu


Zapracowany około mego pisarstwa, zapuściłem się w uprawie poletka zwanego „Przybylscy ze Strzelna”. Ostatni raz byłem tutaj ponad 15 miesięcy temu. Może nic się nie zmieniło w mej przeszłości, bo i jak, ale z kolejnych ważnych wydarzeń czuję się zobowiązany poinformować Przybylszczaków, że rozwijamy się, na świat przychodzą kolejni przedstawiciele naszego rodu i to po linii męskiej. Doczekałem się kolejnego wnuka u syna Marcina, który na świat przyszedł 17 lipca 2012 r. Byliśmy z Lidzią dwukrotnie u dzieciątka imieniem Adaś. Jego starszy brat Michałek bardzo się cieszy z przyjścia na świat braciszka, a ja po prostu jestem dumny z rozwijającej się linii Marianowej. Ale, że strona ta nie jest dziennikiem, jeno pamiętnikiem rodzinnym, zatem wróćmy do wspomnień.

Z perspektywy czasu przyznaję, że moje bujne marzenia znajdowały swe podłoże w pochłanianych z ogromną pasją książkach z gatunków przygodowych, historycznych, fantastyczno-naukowych i kryminalnych. Co niedzielę po obiedzie biegałem na piętro do cioci Peli, by wspólnie z nią wysłuchać kolejnego historycznego przedstawienia radiowego.

Wspominam z pewną nostalgią babcię Woźną, mamę mojej mamy. Mieszkała ona u najstarszej córki, cioci Ani Jaśkowiak, na Młynie. Nasz dom był pierwszym przy ulicy, zaś wujostwo mieszkali na jej końcu. Z miejscem tym wiążą się liczne wspomnienia z dzieciństwa i z lat późniejszych. Dziadka, podobnie jak dziadków Przybylskich nie było pisane mi poznać. Zmarli przed moim przyjściem na świat. Ale o tym nieco później. Jedyna moja babcia „na dotyk”, to Maria z Martinsów Woźna. Była Niemką i pochodziła z Meklemburgii. Przychodziła do nas prawie codziennie, zawsze do południa, gdyż wówczas najwięcej mogła pomóc mamie w drobnych pracach domowych, szczególnie przy cerowaniu wszelkich dziur i dziurek w spodniach, swetrach i skarpetach. Również szydełkowała, haftowała i robiła rękawiczki, szale i swetry na drutach. Mnie nauczyła cerować i haftować, byłem wówczas bajtlem i miałem zaledwie kilka lat, osiem, może dziewięć. Później ta umiejętność przydała mi się do fachowego cerowania skarpet. W tamtych odległych czasach skarpety robiło się na drutach i gdy się przetarły należało je pocerować, czyli odpowiednim ściegiem zaszyć dziurę.

Najbardziej w mej pamięci zapisały się kolędy niemieckie, których nauczyła mnie babcia. Po dziś dzień chodzę w pierwszy dzień Bożego Narodzenia na groby najbliższych i każdemu śpiewam po jednej zwrotce kolęd. Babci, jak i mamie, która kultywowała ten zwyczaj również po jednej zwrotce, ale kolęd niemieckich: „Stille Nacht” i „O Tannenbaum”. Z tą drugą kolędą to miałem nawet przygodę rodzinną, która była lekcją przypomnienia korzeni mej rodziny. Pewnego razu w okresie Bożego Narodzenia odwiedził nas wujek Paweł, brat mamy, który mieszkał w Bydgoszczy. Już na wejściu usłyszał, jak ja wyśpiewuję niemieckie kolędy. Po przywitaniu, zadał mamie pytanie –a kto to nauczył małego śpiewać po niemiecku? Na co mama odpowiedziała -jak to, kto, nasza mama, a jego babcia uczy dzieci moje poznawać korzenie, jakie one by nie były.


Tadziu


W miarę dorastania stawaliśmy się, co raz bardziej niepokorni wobec słów rodziców, że tego nie wolno, tamtego nie rusz, z tym z daleka itd. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć, który z braci był bardziej niepokorny. Ale kilka ciekawych anegdot z naszego rodzinnego żywota zachowało się w mej pamięci. Może zacznę od najbardziej znanej i zapamiętanej anegdocie, której bohaterem był mój młodszy brat Tadziu, rocznik 1954. Był piątym dzieckiem w naszej rodzinie i do tego kolejnym chłopcem. Mama z racji niedoczekania się tym razem upragnionej córeczki, Tadzia zaczęła upodobniać do dziewczynki. Miał on od najmłodszych lat bujne i długie włosy, zatem czesała je na modłę dziewczęcą, czyli w tzw. rulonik biegnący wzdłuż głowy. Upinała mu we włosach kokardki i wstążeczki oraz zaplatała kitki. Ale to było przez pierwsze dwa latka, do czasu, kiedy na świat nie przyszło szóste dziecko, kolejny chłopiec Grzesiu.

Tadeusz Przybylski rocznik 1954 w wieku młodzieńczym

Tadziu dorastał i jak każdy z nas, miał i on swój pseudonim, nazywany przez mamę wyzwiskiem. Ale czy ów był wyzwiskiem, skoro my, na co dzień posługiwaliśmy się pseudonimami ze wzajemnością - vice versa. Tak więc, Tadziu został przechrzczony na „Liska”. Rzadko używaliśmy imienia, a przedrzeźniając się niekiedy dodawaliśmy jego rozbudowaną wersję: Lis kury gryzł, deptał kaczki dostał sraczki. W tej rozbudowanej wersji kryje się i moje pseudo, Kaczka. Razu pewnego, a było to tak dawno, że jakiekolwiek przybliżenie daty zdaje się być zbędne, do Tadzia dotarła wiadomość, że w mieście przeprowadzana jest akcja deratyzacji, czyli odszczurzania. Ekipa w kombinezonach odwiedzała wszystkie podwórza i piwnice, w których rozkładała truciznę w postaci zaprawionej pszenicy. Zaczęliśmy opowiadać o skutkach tej akcji, wspierając się zasłyszanymi od starszych stwierdzeniami: No nareszcie wyzbędziemy się paskudztwa.

Jako, że Tadziu lubił eksperymentować, postanowił zebrać ową czerwoną truciznę i dać ją na spróbowanie kurom, których kilkanaście mieli nasi sąsiedzi Karczewscy. W tym celu odwiedził piwnice naszych dwóch podwórkowych kamienic i zebrał całą zaprawioną pszenicę. Cichutko, po kryjomu wysypał ją do stojącego na podwórzu korytka. Następnie schował się za stertą drzewa i obserwował. Pierwszy do koryta poszedł kogut i zaczął wydziobywać czerwone ziarenka. Kiedy zapiał, rzekomo słabnącym głosem, wysypało się z zakamarków podwórzowych kilka kury, które przefrunęły ogrodzenie wybiegu i dawaj na czerwoną truciznę. I stało się, pod nieobecność sąsiadki, która była w pracy, jak to mówiono, w robocie, że kilka kur z całego stada, wraz z Kogutem padło.

Gdy sąsiadka powróciła z pracy, a pracowała w tuczarni przy PSS „Społem”, wszczęła alarm. No, ale cóż, nikt niczego nie widział, a ona stwierdzając, że może to pies, albo lis się tutaj zakradł (centrum miasta) i podusił kuraki. Niemniej jednak przeprowadziła sekcję i znalazło we wolach zaprawioną pszenicę. Całą złość wyładowała na niecnotach z firmy deratyzacyjnej i na swoim mężu Szczepanie, któremu tyle razy mówiła, by podwyższył ogrodzenie wybiegu dla kur. Na drugi dzień ogrodzenie urosło o kolejny metr, a sąsiadka wkrótce pogodziła się z losem i zapomniała, że coś się z jej kurami stało. Minęło kilka lat, a może kilkanaście, Tadziu w ferworze uniesienia przyznał się sąsiadce, że to on te kury i tak dalej. Wyrozumiała pani Zofia jeno powiedziała: Lisek, ty grunie jaśnisty! I wnet zapomniała o całym wydarzeniu.

Tadziu z Haneczką i Tatą w lesie miradzkim
Ale Tadziu, na wałęsające się po podwórcu ptaszyska miał inne ciekawsze i do tego rybackie metody, których z racji posiadanego patentu nie opiszę. Za to wspomnę, że ów pseudonim nadany został Tadziowi nie z racji owych kur, a z racji jego poruszania się. Nie było miejsca, gdzie by on nie wszedł: na dachy szop, garaży i szopeczek, na płoty i płotki, na przeróżne wyżki, jak mama mawiała, drzewa itp. Mama powtarzał, że niczym lisek, zwinny Tadziu wszędzie wejdzie i przestrzegała, Tadziu na wchodź na te wyżki. Ta przypadłość miała i swoje efekty, czyli kilkakrotne złamanie ręki. Stało się to do tego stopnia częste, że ów ostatni raz, chyba trzeci, złamał tę samą rękę, w tym samym miejscu na drugi dzień po ściągnięciu gipsu. To wówczas musiał przejść operację w bydgoskim szpitalu z założeniem śruby przy stawie łokciowym, by ręka mogła się dobrze zagoić. Ślad po tej przypadłości ma po dzień dzisiejszy. Ręką może wyginać poza wychylenie drugostronne ograniczone stawem łokciowym.



 Pierwsza Komunia Święta Marysi i Tadzia. Marysia w II rzędzie, czwarta dziewczynka od lewej z kitkami. Tadziu w III rzędzie, czwarty chłopiec od prawej. Dzieci otrzymały pamiątki ręcznie kolorowane przez siostrę elżbietankę. Na zdjęciu - poza dziećmi - siostra elżbietannka NN i wikariusz strzeleński ks. Ryszard Komczyński. 
  
Grupa dzieci wczesnokomunijnych przygotowywana przez siostrę elżbietankę, w której byli Marysia - siedzi druga od lewej z kitkami i Tadziu - siedzi czwarty od prawej tuż pezy siostrze.

Dzisiaj z perspektywy czasu, możemy jedynie powzdychać, oj ta nasza Mama miała z nami trzy światy. Ale i też miło powspominać, że przestrogi i nauki z dzieciństwa, szczególnie w kwestii wiary nie poszły na marne. Poza tym, ze byliśmy ministrantami i wiarę Chrystusową wyznawaliśmy przykładnie, Tadziu został pierwszym w naszej rodzinie, który przyjął tzw. wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Pamiętam ten dzień i otrzymaną przez niego pamiątkę komunijną i śliczne dziecięce ubranka. Pamięć ta została później utrwalona przez opowiadania mojej pierwszej małżonki Marysi, która wówczas razem z Tadziem przyjęła wczesną Pierwszą Komunię Świętą. Zawsze, gdy się spotykaliśmy, Marysia zagadywała Tadzia – a pamiętasz naszą Komunię.

Marian Przybylski

sobota, 30 kwietnia 2011

Zasłyszane od dziadka. Opowieść o błogosławionym Janie Pawle II

Jest to opracowanie wnuczki mojego brata Grzegorza, które z okazji jutrzejszego wyniesienia na ołtarze Papieża Polaka Jana Pawła II pozwalam sobie zamieścić.

Kiedy zadałam dziadkowi Grzegorzowi pytanie: - Dziadku, opowiesz mi coś ciekawego o Papieżu Polaku? – Tenże, zastanowił się krótko i zaczął mi opowiadać o miejscu szczególnym, miejscu związanym z pobytem mojej rodziny. Zaczęłam pilnie notować i oto, co z zasłyszanej opowieści pozostało w mej pamięci:

Na pograniczu północnej Wielkopolski i Pomorza Zachodniego, hen w powiecie złotowskim, w miejscowości Jastrowie mieszka wujek Tadziu z rodziną – starszy brat mego dziadka, Grzegorza Przybylskiego. To z tamtym terenem wiąże się opowieść o Janie Pawle II, wtedy jeszcze będącym kardynałem Karolem Wojtyłą. Oprócz ukochanych Tatr, przyszły Ojciec Święty lato uwielbiał spędzać na spływach kajakowych.

Był koniec lipca 1978 roku, gdy do miejscowości Płytnica – Wrzosy nad jeziorem Trzebieszki koło Jastrowia, do przebywającego tam kardynała Karola Wojtyły dotarła wiadomość, że musi udać się do Rzymu na wybór następcy na stolicy Piotrowej, po zmarłym papieżu Pawle VI. Wybrany wówczas nowy papież Jan Paweł I swój urząd sprawował zaledwie 31 dni – i zmarł. Podczas kolejnego, drugiego w tak krótkim czasie konklawe kardynalskiego szeptano o mądrym i wielce wykształconym kardynale z dalekiego kraju – z Polski. Szepty te dotarły do kardynała Karola, a Tenże był pełen obawy przed stałym opuszczeniem ukochanego kraju, ukochanych ludzi, ukochanej przyrody. Z ogłoszeniem wyników prysły te obawy. Kościół potrzebował kardynała Wojtyłę.

16 października 1978 roku cały świat, Polska i Rzym usłyszeli słowa „Habemus Papam”. Świat – nie tylko katolicki – dostał Największego w historii kościoła katolickiego Papieża – Jana Pawła II. Przez 26 lat posługi na stolicy Piotrowej pokochał Go cały świat, a szczególnie młodzież. W uznaniu Jego Świętości, w dniu 1 maja 2011 roku zostanie błogosławionym – wyniesionym przez swego następcę na ołtarze.

A wracając do początku dziadkowej opowieści dodam, że od dnia 2 kwietnia 2005 roku, od dnia śmierci Wielkiego Polaka - Papieża, ludność Jastrowia i okolic jeziora Trzebieszki, zaczęła czcić to miejsce - to samo miejsce z nad jeziora, z którego brzegów przyszły Ojciec Święty został odwołany na konklawe do Rzymu. To tutaj przyszły Papież cieszył się radością życia, radością kontaktu z piękną przyrodą. Tą radość kontynuują wierni. Chodzą tam dziś pielgrzymki z okolicznych szkół, środowisk katolickich, a także coraz szersze rzesze wiernych z całego kraju. Miejsce to – oznaczone „Kamieniem Papieskim” - stało się miejscem kultu religijnego i miejscem nieustającej modlitwy.

            Mój dziadek na pewno kiedyś mnie tam zabierze razem z moim braciszkiem i rodzicami, by wspólnie pomodlić się o godne spełnienie się w przyszłości i o szczęście dla nas i dla naszej Ojczyzny.   


Daria Andrzejewska
wnuczka Grzegorza Przybylskiego


sobota, 5 marca 2011

Moje dzieciństwo - cz. 3 Naganka



Naganka na polowaniu w Nieświeżu - Julian Fałat.
 

Od najmłodszych lat wszyscy bracia oswojeni byliśmy z naturą. O każdej porze roku las był naszym miejscem zabaw, wielokilometrowych spacerów, a szczególnie praktycznej nauki biologii. Przebywanie na łonie natury o każdej porze roku, a nawet w mroźne i śnieżne dni nie stanowiło większej przeszkody. Okoliczne Strzelnu miejscowości poznawaliśmy sami, dzięki naszym wypadom za miasto. Zaś lasy miradzkie nie stanowiły dla nas żadnej tajemnicy. Trasę wzdłuż kanału Ostrowo-Gopło, na odcinku Przyjezierze-Mirosławice, przemierzyliśmy po kilka razy. Za każdym razem odwiedzane przez nas miejsca znajdowaliśmy jakby ciekawsze, bardziej ubarwione, a do tego ciągle skrywające jakieś tajemnice. A to gniazdo ptasie, a to coraz większe błotne babrzysko zrobione przez dziki, czy pięknie kwitnące zawilce. Zaś zimą, nowe ślady na śniegu, paśnik wypełniony sianem, a niekiedy padłe zwierzę, czy ptak zamarznięty.

Bójka.


Częstokroć w okresie zimowym uczestniczyliśmy w niedzielnych polowaniach na zające zasilając tzw. nagankę. Animatorem naszych myśliwskich praktyk był wujek Paweł Woźny z Bydgoszczy. Był on bratem naszej mamy i częstokroć miejscowe Koło Łowieckie „Szarak” zapraszało Go na polowania. Wuj był znakomitym strzelcem i za każdym razem dawał popis swym kunsztem strzeleckim. Wczesnym rankiem, kiedy świt szykował się do pobudki, zbieraliśmy się pod domem łowczego. Wówczas był nim pan Stanisław Nowak z ul. Michelsona. Po wpisaniu poszczególnych naganiaczy na listę, każdy otrzymywał kołatkę do robienia hałasu, po czym udzielany był instruktaż bezpiecznego zachowania podczas pędzenia zwierzyny. Następnie opatuleni w ciepłe ubrania, ładowaliśmy się na przyczepę ciągnikową i transportowani byliśmy w wyznaczone rewiry. Za nami podążał drugi ciągnik z przyczepą, na której znajdowali się myśliwi.

Szukajcie mnie.


Skoro świt trafialiśmy w miejsce wyznaczone, będące jednocześnie początkiem pędzenia. Idąc za rozprowadzającym ustawiano nas w stosownej odległości. Kilkaset metrów przed nami stali w jednej linii myśliwi oczekujący na wypłoszone szaraki. Dla dobrego obserwatora, poza bezmyślnym gnaniem przed siebie, można było podziwiając krajobraz, wyłuskać znaczące jego elementy. A były to kępy drzew w polu, będące swoistą ostoją dla kuropatw i bażantów, a także zajęcy. Podobną rolę spełniały liczne stogi ze słomą i sianem oraz niewymłóconym zbożem. Gdzieniegdzie trafialiśmy na śródpolne stodoły oraz charakterystyczne elementy krajobrazu kulturowego: krzyże, figury i kapliczki przydrożne.

Późną porą.


Metoda pędzenia zwierzyny przed sobą polegała na skutecznym ich płoszeniu. Do tego służyły drewniane kołatki wytwarzające niemiłosierny huk oraz wydawanie okrzyków, które niektórzy określali pohukiwaniem. Z linii naganki częstokroć nie zauważaliśmy uciekających przed nami zajęcy. Dopiero strzały oznajmiały nam, że nasze pędzenie jest skuteczne.

Polowanie z naganką na zające.


Tegoż dnia podczas tylko jednego pędzenia ubito na polach bożejewickich około 50 zajęcy. Oczywiście strzałów padło więcej, ale nie wszystkie były celne. Jak dziś pamiętam pędzenie zajęcy na polach górkowskich koło lasu Kobylarz było jednym z najzabawniejszych pędzeń. Środkiem pola pędził na wprost linii strzału szarak wylękniony. Jakoś dziwnie, bo w prostej linii akurat w równej odległości, czyli na granicy strzału dwóch myśliwych. Złożeni do strzału, czekali momentu, kiedy znajdzie się na polu jednego z nich. Żaden z obojga nie myślał dać pierwszeństwa strzału. W pewnym momencie zwierzę skręciło nagle w lewo w rozoraną bruzdę ciągnącą się równolegle do linii strzału, znikając z pola rażenia. Myśliwi oniemieli. Bruzda ciągła się aż do rowu melioracyjnego. Tylko raz po raz ukazywały się strzelcom kocówki słuchów uciekającego szaraka. Myśliwi walili do biedaka niemiłosiernie, lecz żaden strzał go nie sięgnął. Tak dobiegł zając do rowu, którym bezpiecznie dotarł do lasu. Długo myśliwi opowiadali o tym zdarzeniu, a przy tym doliczyli się aż 37 strzałów oddanych do tego jednego zająca – bezskutecznie.

Polowanie w lesie.


Średnio wykonywaliśmy 4 do 5 pędzeń, a wszystko zależało od pogody i długości dnia. Wcześniej zapadający zmrok spędzał nas z pola, a wówczas wracaliśmy do bazy, czyli pod dom łowczego. Ale zanim do tego doszło zgodnie ze zwyczajem i tradycją należało przygotować pokot i oddać cześć ubitej zwierzynie. W tym celu ścielono świerkiem miejsce złożenia upolowanych zajęcy. To na nich dopiero układano ubite zwierzęta: zające, lisy, a niekiedy koziołka i dzika. Ceremoniał ten był niezwykle doniosły. Ogłaszano króla polowania i pamiętam, że kiedy tylko wujek Paweł przyjeżdżał zawsze nim zostawał.

Złapie, czy zastrzeli?


Powrót do bazy wiązał się z wypłatą niewielkiej należności za udział w nagance oraz otrzymaniem od wuja po zającu. Jak byliśmy w czwórkę, to z czterema zającami wracaliśmy do domu, jak w dwójkę, to z dwoma. Ale jak dziś pamiętam, to u nas w domu wisiało w spiżarce kilka zajęcy i zawsze w Nowy Rok jadaliśmy zająca z botwinką, czyli czerwonymi buraczkami.

Prezentowane ilustracje pochodzą z "Łowca Wielkopolski" i z "Łowca Polskiego".


Dziś to tylko wspomnienie pięknych czasów, kiedy wychodząc za miasto napotykało się kilka lub kilkanaście zajęcy. Obecnie szaraki należałoby szukać z przysłowiową świecą. Mechanizacja i chemizacja dokonały spustoszenia w pogłowiu tego zwierzęcia, jak i kuropatw i bażantów, że o przepiórkach nie wspomnę. Myśliwi usilnie próbują odtworzyć to zwierzę w krajobrazie pogranicza kujawsko-wielkopolskiego. Czy to im się uda?


środa, 16 lutego 2011

Poszukuję potomków Kazimierza i Marii z Chełminskich

Jak w każdej rodzinie, tak i w dziejach mojej rodziny znajdują się białe plamy. Borykam się szczególnie z odszukaniem potomków mego wujka, Kazimierza Przybylskiego. Otóż Kazimierz był bratem mego ojca, trzecim z kolei dzieckiem Marcina i Marianny z Jagodzińskich, Przybylskich. Ja wujka nigdy nie poznałem, gdyż zmarł on na 9 lat przed moim przyjściem na świat. Też nigdy nie dowiedziałem się, co stało się z Jego żoną i córką.

Wujek Kaziu urodził się 27 lutego1908 r. w Strzelnie. Edukację zakończył na Publicznej Dokształcającej Szkole Zawodowej w Strzelnie ucząc się zawodu obuwnika. Praktyczną naukę zawodu pobierał u swego ojca, mistrza szewskiego Marcina Przybylskiego. Miał po dziadku przejąć interes rodzinny, czyli cieszący się znakomitą marką wśród zasobniejszych portfeli strzelnian, zakład szewski. Dziadek interes prowadził do śmierci, tj. do 1942 r.

Już od najmłodszych lat, Kaziu – jak nazywano Go w rodzinie – pałał nieskrywaną miłością do futbolu, czyli piłki nożnej. Kiedy nieco podrósł, a miał wówczas 14 lat, namówił swego starszego brata Ignacego – mego, wówczas 16-to letniego, ojca – by ten założył wraz z kolegami klub futbolowy. I stało się, że Ignacy wraz z kumplami z miejscowego „Sokoła” utworzyli w Strzelnie w 1922 r. piłkarski klub sportowy przy Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”. Klub nosił nazwę Towarzystwo Gimnastyczne Sokół-Strzelno i patronat nad nim sprawowało starostwo w Strzelnie poprzez opiekuna Edmunda Głuszka – urzędnika starostwa. Klub był członkiem Poznańskiego Związku Okręgowego Piłki Nożnej i istnieje po dzień dzisiejszy, a ojca wymienia się na kartach kronik, jako współzałożyciela. Z czasem okazało się, że wujek Kaziu jest najlepszym w Strzelnie piłkarzem. Znalazł, wśród swoich najbliższych zapalonych kibiców, jak chociażby swoją siostrę – czwartą i najmłodszą latorośl Przybylskich – Stefanię, którą nazywał Stefcią.

Wujek 11 października 1938 r. zawarł związek małżeński z Marianną Chełminską urodzoną 11 września 1914 r. w Dochanowie w powiecie żnińskim. Marianna mieszkała wraz z rodzicami w Strzelnie przy ulicy Miradzkiej 5, w budynku kolejowym. Była córką Jan Chełminskiego, urzędnika kolejowego i Katarzyny z Łuczków. Po ślubie młodzi zamieszkali w kamienicy przy ulicy Inowrocławskiej 1, czyli w domu, w którym później my mieszkaliśmy. Kamienica ta należała onegdaj do Barczykowskich, którą sprzedano rzeźnikowi Nyce, a następnie Moszkowskim z Poznania. W imieniu Moszkowskiego kamienicą zarządzał dyrektor KKO Duszczak. W 1938 r. mieszkanie po Duszczaku, czyli cały parter zajęli Kazimierzostwo Przybylscy. Wraz z umową najmu (3 pokoje, kuchnia, spiżarka, łazienka oraz piwnica i strych) ciocia Marianna została zarządcą tej i przyległej kamienicy, z wpisaniem pełnomocnictw do księgi wieczystej tychże nieruchomości. Małżonkom urodziła się córeczka Jolenta (Jolanta) Wacława Przybylska. Na świat przyszła 29 listopada 1938 r. w Strzelnie, zaś formalności tyczące się Jej urodzenia dokonał mój ojciec Ignacy Przybylski, który był pracownikiem Zarządu Miejskiego.

W czasie okupacji wujek Kaziu pracował razem z dziadkiem Marcinem w warsztacie rodzinnym, jednakże sytuacja rzemiosła była na tyle krytyczna, że ledwo dziadek zarabiał na siebie i babcię. Wujek dostał nakaz pracy w Cukrowni Janikowo, dokąd dojeżdżał rowerem, lecz kiedy mu go władze okupacyjne skonfiskowały począł chodzić do pracy na pieszo, pokonując dziennie około 35 km w obie strony. Najgorsza była zima. Podczas tej z 1942/43 nabawił się przeziębienia i to takiego, które wywołało chorobę płuc, a w konsekwencji śmierć. Zgon nastąpił 2 sierpnia 1943 r. Wujek został pochowany w Strzelnie na starym cmentarzu, obok rok wcześniej zmarłego ojca – dziadka Marcina.

Zimą 1944/45 r. babcia Marianna Przybylska przeprowadziła się do synowej, wdowy po Kazimierzu. Łatwiej było ogrzać jedno mieszkanie i wzajemnie utrzymać się, tym bardziej, że zamieszkał z nimi również najstarszy syn Leon wraz ze swoją rodziną, tj. małżonką Anielą z Wiśniewskich i synkiem Jackiem. Po wyzwoleniu Strzelna i powrocie ojca z obozu koncentracyjnego, ciocia Marianna wraz z córeczką Jolentą (Jolantą) Wacławą opuściła rodzinę i wyprowadziła się ze Strzelna. Wiem tylko, że wyjechała na tzw. Ziemie Odzyskane, ale do jakiej miejscowości – niestety nie wiem.

Jednakże, poszukując w różnych dostępnych źródłach w końcu trafiłem na pewien ślad, który okazał się spóźnionym, gdyż moja kuzynka Jolenta – Jolanta, jak się okazało z innych akt – zmarła w 2001 r., a mieszkała w Kostrzynie nad Odrą. Chciałbym poznać jej powojenne dzieje, dlatego za pośrednictwem tej rodzinnej strony – bloga, chciałby dotrzeć do potomków Jolanty z Przybylskich, córki Kazimierza i Marianny (Marii) z Chełminskich. Z najbliższej rodziny tylko o niej nie posiadam żadnych informacji. Co się działo z Marią i Jolantą po wyjeździe ze Strzelna, po 1945 r.?

Mój adres dla rodziny: marian-strelno@wp.pl

sobota, 12 lutego 2011

Moje dzieciństwo - cz. 2 - Opowiadanie: Zając

Przeglądając starą kronikę szkolną, na wyżółkłych kartkach zawierających w najstarszej części opisy sięgające nawet połowy XIX w., wyczytałem, że zimy onegdaj były bardzo uciążliwe. Bliżej czasom mego dzieciństwa równie ciężką, a do tego pamiętliwą, była zima 1962/63. Zapisała się ona nie tylko na kartach kroniki, ale również w mej pamięci. Rozpoczęła się już pod koniec listopada, zaś pod koniec grudnia nastały silne mrozy. W styczniu i lutym spadł obfity śniegi, a zawieje usypały tak ogromne zaspy, iż ustał całkowicie ruch kołowy i regionalny kolejowy. Strzelno i okolice zostały odcięte od świata. Dla nas dzieciarni, z jednej strony frajda z przedłużających się ferii zimowych, zaś z drugiej strony, troska o dziko żyjące zwierzęta. A że wielką miłością darzyliśmy naturę, dlatego też dbaliśmy o nią na każdy dostępny sposób.


Zając towarzyszył nam od samego dzieciństwa i to w polu, w lesie, podczas polowania
i naganki, a także w spiżarni i na półmisku.


Był styczeń 1963 r. Śnieg sypała od kilku dni, do tego wiatr wschodni zacinał niemiłosiernie. Prawdziwa zima stulecia - mówiła ciocia Pela, która codziennie po zamknięciu sklepiku zachodziła do nas, by ogrzać się przy gorącym kaflowym piecu. Przy okazji plotkowała z mamą i nam opowiadała ciekawe, usłyszane od klientów, historyjki. Tego dnia weszła zatroskana i już od drzwi utyskiwała, co stanie się z tymi biednymi sarenkami i zajączkami, którym śnieg przykrył oziminy? Wówczas Wojtek, Jej chrześniak, zadał pytanie: - A może jutro z rana po kościele pójdziemy do lasu i zobaczymy ile siana mają zwierzęta w paśnikach?

Miałem skończone zaledwie 10 lat, starszy brat Wojciech 12, Antoni 14 i najstarszy Michał 15 lat. Dwóch młodszych braci: Tadziu o 2 lata, Grzesiu o 4 i siostra Hania o 7 lat, mieli swój świat baśniowy, pełen zabawek, bajek kolorowych i maminych opowieści. Zaś my starsi oczytani w przyrodzie, z zasobnej domowej biblioteczki, znaliśmy już ten swoisty dla chłopców zew leśnych ostępów. Przywódcą naszej grupy był Antoni, pseudonim „Flaps”, a jego zacięcie do natury i przebywania na jej łonie, również i nas zaraziło. Najstarszy Michał ps. „Kichel”, był typem samotnika, może i dlatego kręcił się wokół naszej grupki, pilnie przypatrując się zachowaniom młodszych braci. Wojtek ps. „Kieła” i ja ps. „Kaczor”, stanowilismy parę „wyżłów”, cechujących się wścibstwem i rozbieganiem, skoro tylko poczuliśmy zew wolności.

Ten obraz, to obraz naszego dzieciństwa.


Owej pamiętnej zimy, po powrocie z jednej z porannych mszy świętych, do których służyliśmy, jako ministranci, usłyszeliśmy z ust Antka, iż idziemy do lasu dokarmiać zwierzynę. Ojciec był już w pracy, zaś mama zmęczona przedłużającymi się feriami i ciągłą ciżbą domową, po udzieleniu nauk bezpiecznego zachowania, wydała nam zezwolenie, warunkując je powrotem przed zmierzchem. Szybko zjedliśmy po pełnym talerzu gorącej muski[1] i zaopatrzeni w pajdy chleba, ciepło ubrani oraz opatuleni szalami wełnianymi, wyruszyliśmy do lasu.

Do najbliższej ściany sosnowych miradzkich ostępów mieliśmy w linii prostej około 2km. Droga wiodła przez Laskowo, dawny, rozsypujący się folwark Szwarców, zwany również „Szwarcówką”, którą pokonaliśmy w niespełna godzinę. Było ciężko, gdyż co rusz na przeszkodzie stawały nam zaspy. Do tego, poranne słońce zaczynało przebijać się i oślepiało nas niemiłosiernie. Naszą uwagę w bezpiecznym brodzeniu w śniegu rozpraszały umykające spod mijanych miedz i rowów zające, których wówczas liczyliśmy w dziesiątkach. Już za miastem z daleka majaczył nam cel pierwszego etapu. Śródpolna stodoła z otwartymi bocznymi ścianami, wypełniona słomą i sianem. Na chwilę zatrzymaliśmy się bacząc na ruszające się wokół niej plamy. Kiedy już wzrok nasz oswoił się ze słonecznym odbiciem, zauważyliśmy stado saren skubiących siano, zaś z drugiej strony, nadchodzące od lasu stado saren z przewodzącym im jeleniem.

Z opowiadania znaliśmy wilki.


Nagle zza ściany drzew wyleciał z wielkim hukiem samolot myśliwski – z niedalekiego lotniska w Powidzu – i spłoszył stadka pasących i zbliżających się do stodoły, zwierząt. Czmychnęły wystraszone, chowając się w niedalekim zagajniku. Zaś na niebie, po hałaśliwej maszynie, ostał się jeno biały warkocz. Kiedy podeszliśmy pod śródpolny magazyn, dało się zauważyć kilkaset świeżutkich śladów po zającach, sarnach i jeleniach. Za stodołą, od jej strony południowej, liczne ślady porytego wału śnieżnego. To kopiec z ziemniakami, do którego próbowały dostać się w nocy dziki. Ale okryty grubą warstwą zmarzniętej ziemi, nie wpuścił wygłodniałej watahy do swego wnętrza. Michał z  Antkiem zaczęli odgadywać, które ze śladów pozostawionych na śniegu należały do saren, do łań, jeleni, a które do dzików i zajęcy. Ja z Wojtkiem pilnie wsłuchiwaliśmy się w ich wskazówki, starając się zapamiętać, czym różnią się jedne od drugich. Dla mnie niezapomnianym było tłumaczenie mi cech charakterystycznych dla śladów zająca. Wówczas dowiedziałem się, co to znaczy omyk, a co skoki i słuchy. Starsi bracia znali już te pojęcia, gdyż często brali udział w polowaniach na zające - będąc w nagance - z udziałem wujka Pawła z Bydgoszczy. Był on młodszym bratem naszej mamy i za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na polowania do Strzelna, zawsze dystansował w celności oddawanych strzałów pozostałych myśliwych. Doktor Abramczyk wówczas mawiał po takich polowaniach do ojca: - Panie Ignacy, znowu szwagier został królem.

Kiedy wujek był już starszy, to razu pewnego opowiedział memu synowi krążącą wśród myśliwych anegdotę. Mówił do Marcina, że pośród tutejszymi zającami, jest stara kocicha, dzięki której zachowały się jeszcze resztki tych zwierząt. Za każdym razem kiedy naganka płoszy je, ona, najmłodsze i trzęsące się ze strachu, skupia wokół siebie i wyprowadza bezpiecznie z obławy, przekonując je, że muszą biegnąć za nią prosto w ogień, kierując się na starego Woźnego. Tłumaczy przy tym młodzieży, że już od kilku lat udaje się jej wychodzić z opresji, kierując się zawsze na tego jednego, starego myśliwego, który, jak doświadcza stracił ostrość swego wzroku i niedowidzi, a strzela dopiero wtedy, kiedy przebiegając obok niego puszczam mu pozdrowienie - „Darz bór”.  

Bywało, że budziłem się z okrzykiem: wilk mi sie śnił.


Zgarnęliśmy rozciągnięte siano w duże snopki i przewiązawszy je szalikami, ponieśliśmy ze sobą. Kiedy dotarliśmy już do okrytego puszystym białym kobiercem, lasu, poczuliśmy się, jak w baśniowej krainie. Antek zwrócił nam uwagę, byśmy wypatrywali wnyków i sami ich nie likwidowali, tylko oznaczali do wspólnego ich rozbrojenia. Wyznaczył nam również trasę dalszego marszu. Naszym celem była polana z ogromnym paśnikiem, znajdująca się nieopodal kanału łączącego Jezioro Ostrowskie z Gopłem. Rozstawiliśmy się w tyralierę niczym naganka i ruszyliśmy ku kanałowi.

Brodząc w śniegu, zagłębiałem się w las z uwagą obserwując flanki, by nie stracić z pola widzenia braci. Nagle z zagajnika wyskoczył koziołek. Zrobił kilka susów i zatrzymał się przed nami. Myśmy w tym momencie zastygli w bezruchu, niczym sople lodu. Nie wyczuł nas, gdyż lekki wiatr powiewał z jego kierunku. Gdyby było odwrotnie, czmychnąłby dawno, a nie rozglądał uważnie. Serce zaczęło mi łomotać na ten piękny widok. Obrazek niczym z kroniki filmowej. Nie wiem, jak długo to trwało, może kilka sekund, a może kilka minut. Koziołek począł się oddalać, chowając się ostatecznie za ścianą drzew. Pierwszy odezwał się półszeptem Wojtek, mówiąc: - szkoda, że nie mamy aparatu, byśmy zrobili fajne zdjęcie.

Z dzikami, to my się od małego oswoiliśmy.


Wówczas padł pomysł, by kupić aparat fotograficzny. Zastanawialiśmy się skąd wziąć pieniądze. Propozycja Antka, aby zebrać makulaturę, złom i flaszki, i odstawić do punktu skupu, spotkała się z aplauzem. W kilka miesięcy później mieliśmy upragniony aparat, którego obiektywem udało się nam uchwycić kilka ujęć z sarnami i dzikami, ale zrobione z takiej odległości, że trzeb było lupy by dostrzec te zwierzęta.   

Ruszyliśmy dalej, zagłębiając się coraz bardziej w las. Nagle usłyszeliśmy głos Michała, który nawoływał nas, byśmy podeszli do niego. Po chwili, zgromadzeni przy najstarszym bracie, usłyszeliśmy: - patrzcie, wnyki. Faktycznie naszym oczom okazały się dwa koła druciana przyczepione do brzózek i zawieszone około 80 cm nad ziemią. Uważnie obeszliśmy je sprawdzając jak są umocowane i czy aby nie do nagiętego drzewa. Rozchodząc się w promieniu kilkunastu metrów znaleźliśmy kolejne dwa wnyki, z tym, że niżej zawieszone. Antek stwierdził, że te pierwsze to na sarny, zaś te dalsze to na dziki. Nadto Michał zauważył, że musiały być nad ranem założone, gdyż są widoczne świeże ślady wokół nich, zatarte gałęzią, a w nocy przecież śnieg padał.

Ten piękny widok... również oglądałem.


Z wielką uwagą rozpętaliśmy miedziane druty, z zadowoleniem mówiąc, że sprzedamy je w punkcie skupu złomu, i że będą z tego pierwsze pieniądze na aparat fotograficzny. Ale Antek oświadczył, że należałoby zgłosić ten fakt leśniczemu, a wówczas on ten drut nam zakasuje. Ale co tam, ważne, że rozbroiliśmy śmiercionośne wnyki i uratowaliśmy biedne zwierzęta. Nie podejmując żadnej decyzji poszliśmy już razem, w kupie, do odległej o około 200 m polany z paśnikiem.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów znaleźliśmy walający się pod drzewem karmnik. Odpadł on od drzewa i należało go na powrót umieścić, ale skąd tu wziąć drabinę. Michał zauważył, że nawet, gdyby mu ktoś z nas wszedł na barki, to i tak będzie za nisko. Przy sąsiednim drzewie rósł świerk, z którego, jako najlżejszy mogłem wejść na wysokość około 4 m i drewnianym kołkiem – w kształcie trzonka - przybić do sosny karmnik-domek lęgowy. Udało mi się wejść na drzewo i za pomocą sznurka wciągnąć domek z trzonkiem na górę. Kłębek sznurka zawsze miał jeden z nas w kieszeni, udając się na leśną wyprawę, jak również scyzoryk. Dwa gwoździe wystawały z listwy mocującej domek i wystarczyło je tylko dobrze dobić, by domek zawisnął. Tak też się stało.


W lesie z uwagą obserwowaliśmy wszystko co się rusza... 


Dalszą drogę przebyliśmy już bez przygód. Było około pierwszej po południu kiedy dotarliśmy na polanę. Obraz, jak się nam ukazał był wręcz sielankowy. Kanał był niemal po brzegi wypełniony śniegiem. Na środku polany stał duży drewniany paśnik, podobny, jaki gospodarze mają dla owiec. Różnił się jedynie od niego zadaszeniem, które pokryte było solidną trzcinową strzechą. Wystawała ono poza obrys samego paśnika, tak, że deszcz i śnieg nie padały na zgromadzoną w nim karmę. Paśnik był wypełniony świeżutkim i pachnącym sianem, tak, jakby ktoś na krótko przed nami zadał je. Świadczyły też o tym ślady płóz od sań, kopyt końskich i jeszcze nie zamarzniętych odchodów końskich. Również odbite na śniegu ślady butów.  Po bokach były dwa pieńki z Przybitymi do nich dużymi lizawkami solnymi. Wokół buszowały rozśpiewane ptaki, które używały sobie dowoli. Najwięcej ich było na rozdrapanej pryzmie odpadów zbożowych, z których wyjadały nasiona chwastów i porośniętego zboża. Dla dopełnienia tego obrazu brakowało zwierzyny grubej, która przychodziła w to miejsce dopiero o zmierzchu. Wiedzieliśmy to z lektury, którą tomami chłonęliśmy w zimowe wieczory przy rozgrzanym i promieniującym ciepłem, piecu.

Na nasz widok ptactwo poderwało się, obsiadając okoliczne drzewa. Głośno ćwierkając, przyglądały się intruzom, którzy zakłócili im spokojne zajadanie się przysmakami. Przyniesione siano złożyliśmy na szczytach paśnika i rozsiedliśmy się na zwalonym pniu, który został tutaj po wycince. Zapewne był to wiatrołom i pozostawiony był w konkretnym celu. Powyciągaliśmy kanapki i z niekrytym apetytem poczęliśmy zajadać się. Przełykając kęsy zwróciliśmy uwagę na obtarte niektóre pnie drzew oraz pień, na którym siedzieliśmy. W korę wtarte były nawet grube włosy zwierząt. Antek zauważył, wyciągając kilka z nich, że jest to sicha dzików, które uwielbiają obcieranie się o pnie drzew. Siedząc, ustaliliśmy, że o wnykach opowiemy tacie, który przedzwoni do swego znajomego, nadleśniczego Vogta i opowie mu o naszej przygodzie. Zaś drut potniemy na krótkie kawałki, by już nigdy nie został wykorzystany na wnyki.

Po pół godzinie ruszyliśmy w drogę powrotną.  Wyglądając zwierzyny, która w oddali kila razy nam mignęła między drzewami, po pół godzinie wyszliśmy z lasu. Zaczął zapadać zmrok, gdy Michał zauważył pikującego jastrzębia. – Patrzcie! Jastrząb spada na zająca. Widok był niesamowity. Ogromne ptaszysko jak bomba spadło na ziemię. Zatrzepotał skrzydłami i uderzając dziobem kilka razy, zastygł w bezruchu. Cała akcja rozegrała się około 200 m w bok od nas. Najstarszy brat ruszył biegiem w kierunku krwawej akcji. Pobiegliśmy za nim. Widząc zbliżających się ludzi, jastrząb począł ciężko unosić się w powietrze, trzymając zdobycz w pazurach. Był już na wysokości około 30 m, kiedy ze szponów wymknął mu się szarak i z impetem runął na zmarznięty śnieg.

Pierwszy doleciał Michał i krzyknął w naszym kierunku: - ale duży zając! Nie żyje, martwy jest, ma rozerwany bok! Kiedy i my podbiegliśmy, oczom naszym ukazał się rozciągnięty na ziemi szarak. – Zabierzemy go do domu, jest prawie nienaruszony, ma wyszarpany bok, będzie na niedzielę obiad – powiedział najstarszy. Zapakowaliśmy zdobycz w szmacianą torbę i ruszyliśmy w dalszą drogę powrotną.

... i wisiał tak długo, aż skruszał.


Do miasta dotarliśmy, jak już była szarówka. – Oj będzie reprymenda, a ojciec pogrozi dyscypliną – powiedział Antek. Ale już u samych drzwi, w korytarzu, wydarłem się pierwszy: - Mamo, mamo mamy zająca! Na co usłyszeliśmy: – Jezus, Maria, co tak długo robiliście w tym lesie? – Mamo, ale mieliśmy przygód, a na zakończenie jastrząb zabił zająca, którego przynieśliśmy do domy. Na te słowa z pokoju wyszedł ojciec, który dopiero, co wrócił z pracy i zdążył zjeść obiad. – Rozbierać się szybko i do obiadu, póki jest gorący! – ostro zareagował tata. Michał wydobył z torby szaraka i powiedział: - Tata, będzie na niedzielę. Słowa te rozładowały ojcowskie napięcie. Odebrał on z rąk pierworodnego „zdobycz”, nożem rozciął tylne skoki, przełożył je i zawiesił w spiżarce.

Po skończonym obiedzie zasiedliśmy wszyscy wokół pieca, a ojciec opowiedział nam swoją przygodę z zającem, którego padniętego znaleźli wracając z budowy linii kolejowej do obozu Gusen II. Wówczas esesmani próbowali im go zabrać, ale wygłodniali więźniowie rozszarpali go dłońmi w mig i surowego, po kęsie zjedli...


[1] Zupa mleczna zaciągnięta krupami z mąki pszennej i podana na słodko – nasz codzienny posiłek poranny.

piątek, 4 lutego 2011

Moje dzieciństwo - cz. 1



Podwórze przy ul. Inowrocławskiej 1 - Strzelno na Kujawach.
Od lewej, to ja 1952, Mama, Wojtek 1950, Michał 1947 i Grzesiu 1956 trzymany przez Mamę.
 
Z tych najodleglejszych czasów, jakie ma pamięć utrwaliła, to czasy dzieciństwa, a szczególnie życia rodzinnego, tego około świątecznego. Może, dlatego, że wówczas w domu panował niesamowity ruch, dużo się działo, a szczególnym i oczekiwanym punktem dziennym stawał się moment otrzymywania prezentów. Każdy z nas był w roku trzykrotnie obdarowywanym. Najpiękniejsze były prezenty gwiazdkowe przynoszone przez Gwiazdora. Kolejne to z okazji imienin oraz te znajdowane w wielkanocnym gniazdku. Jak przez sen przewijają mi się inne obrazki tych najodleglejszych w czasie wydarzeń, a właściwie epizodów, sprzed pięćdziesięciu i kilku lat. Starczy, że przymknę powieki i przed oczyma staje mi obraz poranka i budzące mnie odgłosy łapczywie ciągnionego mleka z butelki przez małego Grzesia. W półśnie wyczekiwałem, kiedy niedopita reszta trafiała do mnie. Wówczas i ja kilkoma pociągnięciami opróżniałem butelczynę.



W Ochronce u sióstr Elżbietanek (ze zbiorów Kazimierza Kowalskiego).
 
Mama krzątająca się po sypialni i doglądająca nas już od wczesnych godzin rannych. Pobudka przed pójściem do ochronki prowadzonej przez siostry elżbietanki. Muska codziennie rano gotowana przez mamę, będąca naszym pierwszym posiłkiem. Wyjście dopołudniowe do sióstr, na zajęcia przedszkolne prowadzone przy kościele. Najbardziej lubiłem słuchać opowieści biblijnych, które z czasem przełożyły się na moje historyczne pasje. Wspólne śpiewanie, modlitwa oraz poznawanie żywotów Jezusa Chrystusa i Świętych Kościoła. Jasełka, w których grałem rolę pastuszka. Kolorowanki z mozołem wypełniane barwnymi kredkami olejowymi, często się łamiącymi. Zabawa w domu drewnianymi samochodzikami, klockami, bujanie na koniku na biegunach. To wypunktowanie wątków stanowi niejako tytuły większych obrazów, które składają się na moje najwcześniejsze dzieciństwo.




Ochronka - zabawy w ogrodzie proboszczowskim (ze zbiorów K. Kowalskiego.
 

Ochronka - na pacu za rotundą Świętego Prokopa (ze zbiorów K. Kowalskiego).


Pewnego ranka, po odmówieniu pacierza, dotkliwy ból zaczął promieniować po prawej stronie mego brzucha. Nie mogłem powstać z kolan. Tak oto znalazłem się po raz pierwszy w szpitalu. Szybka decyzja chirurga – operacja. Pamiętam jak zasypiałem wpatrzony w potężną lampę wiszącą nade mną. Lekarz kazał mi liczyć, zadając jednocześnie narkozę. Począłem gdzieś spadać, w jakąś otchłań. Przebudzenie, leżę na sali pooperacyjnej. Nakryty kołderką, nie mogłem się ruszyć. Jakiś ciężar przygniatał me nogi. Był to wałek wypełniony piaskiem, który krępował me ruchy, gdyż miałem nie ruszać się. Przeszedłem operację usunięcia wyrostka robaczkowego (ślepej kiszki). Bliznę mam po dzień dzisiejszy.

Pamiętnym dla mnie był dzień urodzin Hani. Było to 23 czerwca 1959 r. Przyszła w południe po nas ciocia Ania Jaśkowiak z Młyna. Zabrała naszą czwórkę: Michała, Antka, Wojtka i mnie. Tadziu z Grzesiem trafili do cioci Peli Piweckiej, piętro wyżej. Przy mamie została ciocia Ula, najmłodsza Jej siostra i akuszerka. Mama rodziła nas wszystkich w domu, nie jak dzisiaj kobiety rodzą w szpitalu. By zająć nas czymś, ciocia kazała nam zabrać graczki i pójść na pole, na seperaki i w ziemniakach przegracować oraz powyrywać zielsko. Zabraliśmy ze sobą wózek z Młyna, ciągniony za specjalny dyszel przez Michała i Antka. Ja z Wojtkiem siedzieliśmy w środku razem z narzędziami. W drodze powrotnej mieliśmy narwać zielonego dla królików. Na polu spędziliśmy resztę dnia. Kiedy przyszło wracać, usiadłem na boku wózka, gdyż był on wypełniony mleczem i trawą. Na wierzchu leżały narzędzia. Nagle bracia szarpnęli wózkiem, a ja straciłem równowagę i fiknąłem koziołka do tyłu. Upadłem na rękę tak nieszczęśliwie, że ją prawdopodobnie zwichnąłem. Spuchła mi ona i przy każdym ruchu pobolewała mnie. Ponoć darłem się w niebogłosy. Ale jakoś tam mnie udobruchano i zajechaliśmy na Młyn.

Przed ciocią nic się nie wydało i po zjedzonej kolacji kuzyni nasi Roger z Romanem zabrali nas do wielkiego pokoju na poddasze. Tam starsi zaczęli rozgrywać mecz w ping-ponga, czyli tenisa stołowego. Rywalizacja była zaciekła, kto wygrał nie pamiętam. Około 21:00 zjawił się po nas tata i uradowany oznajmił, że urodziła się nam siostrzyczka. Z wielką ciekawością pognaliśmy do domu. Z niedowierzaniem zaglądaliśmy do sypialni, gdzie mama leżała z maleńką Hanią. Mnie ciągle bolała ręka i po jej obejrzeniu ojciec zawinął ją w bandaż i zadecydował, że rano pójdę z nim do szpitala.

Kiedy następnego dnia przyszliśmy do szpitala, ojciec posadził mnie na ławce, a sam wszedł do gabinetu lekarskiego, po chwili wyszedł razem z lekarzem i obaj kazali mi czekać. Ojciec poszedł do swojego biura, gdyż był tutaj głównym księgowym. Czekając na decyzję, co ze mną przeżywałem katusze. Po chwili zjawił się lekarz i usłyszałem, jak rozmawia z jakimś mężczyzną w białym kitlu. Był to pan Podolski z rentgena, który patrząc na mnie powiedział medykowi, iż aparatura przygotowana i możemy prześwietlać. Na te słowa poczułem się, jakby grom we mnie strzelił. Panowie na chwilę znikli, a ja nie zastanawiając się dłużej wyrwałem z ławki i pędząc przez korytarz wybiegłem ze szpitala. Na narożniku przy Ośrodku Zdrowia zderzyłem się z jakimś mężczyzną i przeprosiwszy go, dalej pobiegłem do domu.

Na zapytanie mamy, co powiedział lekarz, odpowiedziałem, że już mnie ręka nie boli. Faktycznie ból przeszedł, nie wiedzieć od czego. Zapewne zwichnięcie naprawiło się w momencie mego zderzenia się z nieznajomym. Kiedy tata wrócił z pracy, zapytał mnie, dlaczego uciekłem. Pełen strachu wymijająco odpowiedziałem, że ręka już mnie nie boli, i że opuchlizna zeszła, a czekałem bardzo długo i myślałem, że lekarz o mnie zapomniał. Ojciec zganił mnie, obejrzał rękę i wszystko jakoś rozmyło się bez bólu.

Tradycje ochronki w naszej rodzinie sięgały dziecięcych czasów ojca. Początkowo siostry elżbietanki prowadziły ją przy ulicy Szerokiej w obecnym budynku stołówki gimnazjalnej. Tam chodził ojciec z wujkami. Mam nawet stare zdjęcie z wujkiem Marianem Strzeleckim, właśnie z przedwojennej ochronki. Po wojnie przeniesiono ochronkę na Wzgórze Świętego Wojciecha do zabudowań poklasztornych. Początkowo mieściła się ona na parterze plebani, a później na wikariacie. Dopołudniowe przebywanie w ochronce było swoistą formą zabawy dzieci, połączonej z podstawami nauki katechizmu. Tak więc, śpiewaliśmy pieśni, w których przewijały się motywy nabożne, piosenki radosne, uczyliśmy się na pamięć recytować wierszyki oraz wysłuchiwaliśmy opowieści biblijnych i wątków z życia Jezusa Chrystusa, szczególnie zaś z Jego okresu dzieciństwa.

Kiedy rozpoczęliśmy naukę szkolną, religia wróciła do szkoły. Uczyła jej pani Ryńska z ul. Stodolnej (obecnej Michelsona). Wówczas też zapisałem się do służby liturgicznej, byłem przez kilka lat ministrantem, podobnie jak moi bracia. Było to jeszcze przed Soborem Watykańskim, więc i obrządek mszalny i nabożeństwa odbywały się według starego obyczaju. Jako służba ołtarzowa mieliśmy obowiązek poznania ministrantury w języku (obrządku) łacińskim. Przewodniczył naszej grupie ministranckiej Kazimierz Kowalski z ul. Kościelnej. Z ministrantów najbardziej utkwił mi w pamięci Stanisław Wiśniewski, sąsiad z góry, który został później księdzem; Stanisław Gądecki, obecny arcybiskup, Metropolita Poznański; Andrzej Urbaniak, Andrzej Nowak, Andrzej Brożek z bratem, kuzyn Józef Nowak; Stasiu Dobrzyński z bratem Jankiem, obecnie księdzem; szwagier Andrzej Gabryszak, Kaziu Woźniecki, moi bracia Antoni i Wojciech oraz wielu innych. Ministrantury łacińskiej uczyli nas w domu Stasiu Wiśniewski i Stasiu Gądecki. Szczególną pieczę nad nami sprawowała wówczas ciocia Pela Piwecka. To ona pomogła mamie uszyć dla nas komeżki. Uczyła nas również godnego i właściwego zachowania przy ołtarzu i w trakcie sprawowania liturgii.



Ministranci z kościelnym Szczepanem Kowalskim, ja siedzę od lewej. Stoi 2. od prawej Stasiu Wiśniewski, późniejszy proboszcz (zdjęcie ze zbiorów K. Kowalskiego).
 

Ministranci na wycieczce do Kruszwicy pod opieką Andrzeja Urbaniaka (najwyższy w okularach), pierwszy od prawej stoi Stasiu Gądecki, obecny Arcybiskup Metropolita Poznański, w środku Andrzej Nowak, kolega brata Antoniego (zdjęcie ze zbiorów K. Kowalskiego).
 


Ministranci ok. 1962 r. - siedzą w środku od lewej: szef ministrantów K. Kowalski, ks. Pilarski, kościelny Sz. Kowalski. W górnym rzędzie od lewej Roman Trzecki, Andrzej Gabryszak - mój śp. szwagier, 5. Józiu Nowak - kuzyn, A. Nowak - kol. br. Antoniego. W 3. rzędzie w środku najniższy to ja (zdjęcie ze zbiorów K. Kowalskiego).
 
W tym czasie ciocia Pela dość często mawiała mamie, co to byłby za zaszczyt dla rodziny, gdyby jeden z chłopców został w przyszłości księdzem. Tak więc, obserwując nas zaczęła coraz częściej mówić, że tym wybrańcem powinienem zostać ja. Obiecała mamie, że na studia i na sutannę to ona da pieniądze, a także na wiele innych rzeczy. Po latach, mama przypominając zakusy cioci Peli względem mej przyszłości mówiła, że kiedy urodziłem się miałem ogromne problemy zdrowotne. Położną, która mnie przyjęła była siostra elżbietanka. Stwierdziła, że jestem bardzo słabiutki i potrzebuję dużo modlitwy. Wieczorem przyszła sprawdzić mój stan zdrowia i wówczas widząc mnie siniejącego przygotowała mamę na najgorsze. Rodzice czuwali nade mną modląc się rzewnie. Rano ponownie dom odwiedziła siostra elżbietanka z założeniem, że odszedłem. Jakie było jej zdziwienie, kiedy usłyszała płacz głodnego niemowlęcia. Obejrzawszy mnie stwierdziła, że kryzys minął i ma mi się na życie. Wydarzenie to ciocia Pela uznała za cudowne i jako pretekst do poświęcenia mnie służbie Bożej.

Ale tym, co utwierdziło ją w takiej opinii było moje osobiste spotkanie z Prymasem Tysiąclecia. Otóż, kiedy przybył on do Strzelna, mama z ciocią wybrały się na powitanie dostojnego gościa zabierając mnie ze sobą. Byłem niespokojny w wózku i dlatego mama wzięła mnie na ręce. Przechodzący w szpalerze Prymas, widząc płaczące dziecko podszedł do nas, wziął mnie w swoje ręce i trzymając powiedział: -Dostojny gość do ciebie, a ty go tak witasz? Ponoć na te słowa przestałem płakać i uspokoiłem się, a to wydarzenie zrobiło na cioci Peli piorunujące wrażenie. Ten moment był decydującym, by w późniejszym okresie około mej osoby ciocia pokładała nadzieje kapłańskie.

Wszystko urwało się z chwilą śmierci babci Woźnej. Jej pogrzeb był ostatnią mą posługą ołtarzową. Wszystko rozegrało się podczas ceremonii złożenia ciała do grobu. W procesji niosłem krzyż, zaś Wojtek z Antonim chorągwie żałobne. Wówczas z tęsknoty za babcią tak się spłakałem, że niemalże na oczy nie widziałem. Po pogrzebie, kiedy rozbierałem się z komży, oparłem krzyż procesyjny o grób i przez nieuwagę tak nieszczęśliwie stąpnąłem na niego, że złamałem go w połowie, czyli w miejscu złączenia. Stary był to i próchno z niego się posypało, a miejsce złamania wyglądało, jakby je ktoś przeciął. Wracając do kościoła niosłem go pod pachą w dwóch częściach, a mijający mnie ludzie pytali się, czy złamał się? Ja zaś odpowiadałem: - nie on jest składany. Po dotarciu na miejsce, chyłkiem złożyłem go w kaplicy Świętej Barbary i w długą, by nie spotkać się z kościelnym, panem Szczepanem Kowalskim.

Więcej razy już nie służyłem do mszy św., rozmywając marzenia cioci Peli o pójściu w służbę Bożą. Wkrótce też, moje młodzieńcze fascynacje skierowały się ku harcerstwu, a pośrednio ku mundurowi wojskowemu. Podczas bierzmowania, wypowiadając w myślach, kim chciałbym zostać w przyszłości, skierowałem prośbę o to, by Pan Bóg dopomógł mi w byciu dobrym oficerem Wojska Polskiego. Ale i to marzenie wkrótce się wypaliło i zastąpione zostało nowym.